Narębscy
Poprzedni Następny

 

Niezwykle mocne więzi rodzinne, wyrażające się w najbardziej naturalnym 
wzajemnym zainteresowaniu, w solidarnym podziwie i wdzięczności dla tych, 
którzy dawali przykład cnót, gwarantują trwanie i zarazem 
pomnażanie wszelkiego dorobku.

Magdalena Bajer

Fot. Andrzej Świć

Uniwersytet Wileński, stan obecny

Zależy mi na tym, ażeby ktoś tak mocno pokochał ten dom, nastrój tego domu, to co jest w tym domu, co świadczy o ciągłości, o przeszłości, o poprzednich pokoleniach. Żeby ktoś to ukochał i dalej przenosił z pokolenia na pokolenie. Szalenie mi na tym zależy. Autorka tych zdań, prof. Anna Narębska, należy do rodu przez małżeństwo, a uosabia i koncentruje w rodzinnym domu toruńskim wszystkie główne rysy tradycji oraz wszelkie wzory.

WILNO W TORUNIU

Dokładniej może Soplicowo. Przywołał je w pamięci bigos litewski, którym uczęstowała swego starszego brata, prof. Wojciecha Narębskiego, jego córkę Grażynę Narębską-Miler, kuzyna po mieczu Tadeusza Roubę oraz mnie, gospodyni drugiego z toruńskich rodzinnych domów, pani Barbara Narębska-Dębska, artysta grafik, emerytowany wykładowca UMK. Zjechaliśmy się z Krakowa, gdzie prof. Narębski i jego córka mieszkają, i z Warszawy, dokąd mnie losy zagnały, żeby się przy owym bigosie znaleźć w uniwersyteckim Wilnie lat międzywojennych.

Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Stefana Batorego był wtedy siedliskiem nowoczesnych idei integrujących wiedzę o sztuce i jej historii z architekturą oraz konserwacją zabytków. Stefan Narębski, ojciec Wojciecha, dzisiejszego profesora chemii, Barbary i zmarłego kilka lat temu profesora medycyny Juliusza, łączył z tym wszystkim jeszcze własną twórczość – projektowanie budynków, detali architektonicznych oraz zdobniczych, mebli, przedmiotów użytkowych i... rysowanie. Wiele jego prac zdobi toruńskie mieszkanie córki, która – jedyna z trójki dzieci – poszła śladem ojca. Trzeba jego życiową i zawodową drogę najkrócej przedstawić, żeby pojąć, dlaczego jest wzorem dla potomnych.

Stefan Narębski urodził się w Groznym na Kaukazie, gdzie jego ojciec był lekarzem. Do szkoły chodził w Wilnie, architekturę studiował w petersburskim Instytucie Inżynierów Cywilnych oraz w Politechnice Warszawskiej. Działał w studenckich organizacjach niepodległościowych (ten trop okazał się w rodzinie trwały), pracę zawodową rozpoczął w biurze swego teścia we Włocławku, gdzie w latach 1927-28 był architektem miejskim. Tę samą funkcję pełnił później w Wilnie.

Cofając się poza to pokolenie, tradycje inteligenckie znajdujemy w dalszej przeszłości. W domu Juliusza wisi portret jednego z przodków rodziny, przybyłej na Wileńszczyznę z kieleckiego, podpisany: „profesor ekstraordynaryjny, medycyny i chirurgii doktor”. Medycyna jest jedną z dziedzin uprawianych przez Narębskich do dzisiaj. W Łodzi mieszka znany chirurg Jerzy, profesor Akademii Medycznej oraz jego syn, doktor medycyny w zakresie ortopedii, Wojciech Narębski junior. Trzeba tu, zakłócając nieco chronologię opowieści, umieścić Juliusza, lekarza fizjologa, który – będąc autorem ponad 100 prac naukowych, w tym kilku podręczników – zasłynął badaniami nad zjawiskiem snu, skupiając wokół tego tematu szkołę naukową. Pamiętny jest również jako inicjator szkolnych olimpiad biologicznych oraz różnych przedsięwzięć popularyzatorskich, co kieruje nas z powrotem ku postaci ojca, który szerzenie wiedzy miał za jedno z pierwszych zadań.

Stefan Narębski był wybitnym specjalistą od konserwacji zabytków budownictwa sakralnego. Restaurował kościół w Krewie, miejscowości, gdzie miała miejsce pierwsza unia polsko-litewska, Pałac Arcybiskupi w Wilnie, gdzie również projektował wnętrze, wszystkie detale i meble. Syn Wojciech wspomina jak całą rodziną chodzono w dzień św. Romualda składać życzenia arcybiskupowi Jałbrzykowskiemu, a odbyło się to w saloniku ojcowego autorstwa, z kominkiem ozdobionym napisem: „Gość w dom, Bóg w dom”, co, jak się przekonałam w Toruniu, obowiązuje w rodzinie do dzisiaj. Po powodzi 1932 r., która zarysowała mury katedry wileńskiej, prof. Narębski projektował nowe trumny dla królewskich szczątków dwu żon Zygmunta Augusta. Uznany za zabytek architektury dom Narębskich, stojący opodal więzienia na Łukiszkach, udało się upamiętnić tablicą poświęconą profesorowi, umieszczoną tam staraniem rodziny w r. 1997.

W toruńskim domu Juliusza, młodszego syna, wiele jest dzieł sztuki, gdyż i po wojnie ojciec zbierał je z pasją, skupując nierzadko od sowieckich żołnierzy albo już z drugiej ręki. Utrwalają ducha domu wileńskiego, choć główna w tym zasługa przypada, naturalnie, mieszkańcom.

WZÓR MOŻE DOŚCIGNIONY?

– Ojciec był wzorem jako taki – powiada prof. Wojciech Narębski. Wnuczka Grażyna, którą bardzo interesuje historia rodziny, jakkolwiek wybrała za swoim ojcem chemię, potwierdza to skwapliwie. Rysy przez potomków naśladowane to tolerancja, dobroć i... społecznikostwo. Oboje przypominają, że ojciec i dziadek wiele projektów robił za darmo, wśród nich projekty niektórych budynków uniwersyteckich w Toruniu, dokąd przeniosło się grono profesorów Uniwersytetu Stefana Batorego. Do trwałych rysów należy także spełnianie powinności patriotycznych, jakie zwłaszcza przed trójką jego dzieci postawiła historia.

Najstarszej Barbarze wojna uniemożliwiła studiowanie architektury wnętrz w Warszawie. Zapisała się do Litewskiej Szkoły Sztuk Pięknych, lecz niedługo tam pozostała, gdyż sowieci wywieźli ją do łagru, po kilkumiesięcznym ciężkim więzieniu w Wilnie. Dopiero w Toruniu ukończyła uniwersytecki Wydział Sztuk Pięknych, zostając później jego wykładowcą. Jest grafikiem, autorką ok. 30 indywidualnych wystaw, m.in. w Paryżu, Londynie, Wiedniu, Montrealu oraz wielu krajowych. Choroba ograniczyła wrodzoną ruchliwość pani Barbary i jej twórcze możliwości, pozostawiając niezmienną żywość umysłu i serdeczną ciekawość ludzi, którzy stale odwiedzają jej dom.

Synowie Stefana Narębskiego nie poszli śladem jego zainteresowań, „konserwatorski” trop pojawia się wszakże w następnych pokoleniach, o czym dalej.

Wojciecha NKWD wyrwało z domu, gdy miał lat 16. – Ojcu to zawdzięczam, że zachowałem należytą postawę, a wydaje mi się, że zachowałem. Wycieńczonego więzieniem chłopca nie przyjęto do służby w piechocie. Bitwę o Monte Cassino i walki nad Adriatykiem przeżył w kampanii zaopatrzenia artylerii, wożąc amunicję na linię frontu. Po wojnie wzorzec ojca-społecznika, tak go pan Wojciech nieraz nazywa, kazał służyć ojczyźnie na innych polach, ta zaś służba przyniosła z górą 100 prac naukowych – z geochemii, mineralogii i petrologii, referaty na wielu światowych kongresach, współredagowanie ważnych czasopism, współpracę z najlepszymi ośrodkami badawczymi. Ostatnio pan profesor pełni funkcję sekretarza Wydziału Przyrodniczego PAU.

Do grona przedstawicieli nauk ścisłych należy także profesor chemii pani Anna Narębska, „dziedziczka” rodzinnego domu-gniazda, skąd wywodzi się kolejne już pokolenie inteligentów i zapewne niejeden przyszły uczony.

Linię konserwatorską kontynuuje powinowata, bardzo w rodzinie kochana żona Tadeusza Rouby, specjalistka od konserwacji malarstwa i rzeźby polichromowanej, profesor UMK. On sam zaś, prawnik z wykształcenia (prawnicy też w rodzinie byli), prowadzi firmę budowlaną zajmującą się... konserwacją zabytków. Podczas spotkania u pani Anny powiedział: – Mieliśmy to szczęście, że znaliśmy naszych przodków, obserwowaliśmy ich, uczyliśmy się od nich. Rodzina to jest coś takiego, co się kultywuje i co się trzyma.

– Mój mąż miał spojrzenie na świat raczej analizujące – mówi o Juliuszu Narębskim pani Anna, dodając coś, co w pierwszej chwili może się wydać z tym sądem sprzeczne: – Doskonale znał historię Polski, w pełnym otoczeniu, zarówno wydarzeń, jak i sytuacji ekonomicznej i architektury. Bratu Wojciechowi, który znalazł się po wojnie w Anglii, napisał wyraźnie, że „miejsce Polaków jest w kraju”. W pamięci studentów pozostał porywającym wykładowcą, a w domu, gdzie bywali liczni goście ze środowiska uniwersyteckiego, toczono długie rozmowy, np. o pochodzeniu nazw w różnych językach, których gospodarz znał wiele. Parokrotnie w czasie naszego dość licznego spotkania powtórzono opinię, że nigdy nie były to rozmowy błahe i zwykle oderwany, zdawałoby się, temat doprowadzał do ważnych spraw aktualnych, często odległych od naukowych specjalności uczestników rozmowy.

Z ŻYZNEJ GLEBY

Prof. Juliusz Narębski zabierał rodzinę na wakacje w miejsca „urlopowo” na ogół mniej uczęszczane, ale o ciekawej historii, z którą zwykł konfrontować współczesność, zwłaszcza poprzez zabytki i stan aktualny architektury. Później, gdy był samochód, było tak także w weekendy.

Syn profesora Leszek wychował się w domu pełnym pamiątek oraz dzieł sztuki, pośród rozmów o sztuce, historii, potrzebie budowania w Polsce zarówno uniwersyteckich laboratoriów, jak i postaw ciekawej bezinteresownej gotowości do pomnażania i udzielania innym wiedzy, jaką się posiadło, oraz cnoty pracowitości, która jest niezbędna dla powodzenia wszelkich działań obywatelskich. Wnuk profesora Wydziału Sztuk Pięknych, a syn lekarza badającego funkcje mózgu, wybrał ochronę zabytków. Młodszy brat Kazimierz dość długo szukał drogi, żeby zatrzymać się przy informatyce, co typowe w jego pokoleniu. Pracuje od rana do późnej nocy, na uwagę zaniepokojonej tym matki odparł kiedyś: – A wy robiliście inaczej? Skąd mi się to wzięło? Synowie najczęściej widywali rodziców przy biurku albo słyszeli rozmawiających o „rzeczach niebłahych”.

Żyzna była i jest duchowa gleba wileńskiego domu, podzielonego między dwa domy toruńskie, bo i u pani Barbary ciągle bywa ktoś z licznych przedstawicieli młodego i najmłodszego pokolenia. Prawnuki Stefana Narębskiego, dzieci Leszka, dziedziczą rodzinne zainteresowania: syn wybrał fizykę z informatyką, córka medycynę. Babcia-profesor wróży wnukowi przyszłość naukową, jako że studiuje on w Międzywydziałowym Indywidualnym Studium Matematyczno-Przyrodniczym UW, a jest wielokrotnym olimpijczykiem. Jej samej nie zależy specjalnie na jakimś konkretnym kierunku studiów lub przyszłych badań: – Niech to, co robią, robią z całym zainteresowaniem i z całym przekonaniem. To jest najważniejsze.

Żegnając dom Pani Juliuszowej Narębskiej, gdzie rozmawialiśmy o wadze tradycji rodzinnych, o wyposażeniu, jakie się z domów świadomych tradycji i kochających ją wynosi, przypomniałam sobie słowa wypowiedziane na samym początku spotkania. Pragnienie, żeby atmosfera tego domu trwała. Myślę, że nic temu nie zagraża. Przeciwnie, niezwykle mocne więzi rodzinne, wyrażające się w najbardziej naturalnym wzajemnym zainteresowaniu, w solidarnym podziwie i wdzięczności dla tych, którzy dawali przykład wszystkich wymienionych cnót, gwarantują trwanie i zarazem pomnażanie wszelkiego dorobku.

Mimochodem, w jednym z toruńskich domów, ktoś z młodych rozmówców powiedział mi: – Te wartości, które nam wpoili dziadkowie i rodzice, nie mają uznania w dzisiejszym świecie. Ripostą pani Grażyny Narębskiej-Miler było stanowcze stwierdzenie, że tym bardziej należy przy nich obstawać i je szerzyć. Usłyszałam w tym echo niepodległościowej działalności jej dziadka z okresu zaborów jeszcze, wojennych przeżyć ojca i cioci Basi, którzy w więzieniach, łagrach i na froncie pilnowali, żeby zachować „odpowiednią postawę”, tj. nie sprzeniewierzyć się wzorom uosabianym przez ojca, a praktycznie wpajanym w dzieciństwie przez matkę, bardziej surową na co dzień. Myślę, że wszyscy Narębscy są z tego rodzinnego wzorca dumni i czują się wobec niego zobowiązani.

Tekst powstał na podstawie audycji „Rody uczone”, nadanej w maju 1998 r. w Programie I Polskiego Radia SA, sponsorowanej przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej.

Uwagi.