Poprzedni Następny

Zjawiska kryzysowe nie tylko nie omijają twórców, nawet największych, ale wręcz "urozmaicają" ich drogę do laurów. Warto poznać "etiologię" kryzysów indywidualnych, aby postawić diagnozę chorób nękających całą naukę.

Zofia Ratajczak

Przeklęte czy błogosławione?

Kryzysy w życiu uczonych. Każdy, kto pojęcie kryzysu kojarzy dotąd z walutą, rynkiem, klęską wyborczą czy upadkiem rządu, będzie miał zapewne trudności z rozpoznaniem przyczyn zarówno wielu niekwestionowanych osiągnięć twórczych, jak i niepowodzeń, a nawet klęsk w życiu wybitnych ludzi.
Zjawiska kryzysowe nie tylko nie omijają twórców, nawet największych, ale wręcz "urozmaicają" ich drogę do laurów. Biografie wybitnych ludzi obfitują w incydenty, zdarzenia, a czasem dłuższe okresy, które jednoznacznie kojarzą się z pojęciem kryzysu. Nasi wielcy współcześni niechętnie jednak o nich mówią, pozostawiając sąd potomnym w kwestiach związanych z ich trudnym życiem. Dzienniki, zapiski osobiste, pamiętniki cieszą się niezmiennym powodzeniem u czytelników, ponieważ pokazują tę drugą, nierzadko ciemną stronę życia, swoistą podróż do kresu nocy. Spokój olimpijski na twarzach tzw. ludzi sukcesu, w tym także sukcesu naukowego, bywa często jedynie fasadą.
Kryzys jako stan psychiki cechuje się wysokim stopniem napięcia emocjonalnego, w znacznej mierze przeżywanego jako stan lękowy, stan zakłócenia dotychczasowej równowagi psychicznej. Stan ten ma znaczenie przełomowe, a nawet zwrotne, w tym znaczeniu, że wymaga natychmiastowych reakcji i decydujących rozstrzygnięć, ponieważ nie tylko zmianie ulega aktualna sytuacja życiowa człowieka, ale ważą się nierzadko jego losy. Osoby przeżywające kryzys są jednocześnie przestraszone i niepewne. Rozgniewane, ale i pełne poczucia winy, a nierzadko wstydu. Ich przeżycia są krańcowo bolesne, a zachowania impulsywne, zmierzające na oślep do położenia kresu stanom zamętu i chaosu wewnętrznego. Tyle podręcznikowa niemal definicja kryzysu w sensie psychologicznym.
Psychologowie podkreślają, że zjawiskom kryzysu towarzyszy stan obniżonej odporności, manifestujący się w wypowiedziach typu: "ja już dłużej tego nie wytrzymam, to jest nie do zniesienia, nie dam rady, nie mam już zdrowia, to przekracza ludzkie pojęcie, tak dalej być nie może" itp. Dlaczego ktoś "nie ma zdrowia", by chodzić na rady wydziału, tolerować niepewność co do wyników żmudnych badań, doznawać poczucia krzywdy, że jego praca zbyt długo czeka na recenzje, że projektowi badawczemu, chociaż został pozytywnie zaopiniowany, zabrakło kilku punktów, aby otrzymać grant i fundusze na badania? Powodów do gwałtownego wzrostu napięcia psychicznego jest w środowisku akademickim aż nadto. Gdy jednak próbujemy dociec istotnej przyczyny tego zjawiska, z reguły okazuje się, że jest nią zaburzenie równowagi wynikające z rozbieżności między wymaganiami, jakie stawia człowiekowi otoczenie lub on sam sobie, a możliwościami ich spełnienia. Czasem wymagania są tak duże, że wywołują poczucie zagrożenia, potęgowane przez deprywację środków zaradczych.


Kryzys jak medal?

W każdym razie ma dwie strony: pozytywną i negatywną. Awers i rewers. Jest skutkiem, ale i przyczyną. Coś w człowieku uszkadza, ale i toruje drogę czemuś nowemu, często niezwykłemu. Kryzys o umiarkowanym stopniu nasilenia jest czynnikiem mobilizującym do działania, nie tylko spycha w otchłań bezradności, beznadziei i rozpaczy.
Tę listę opozycji, pokazujących złożony, dwoisty charakter kryzysów i ich regulacyjną rolę w zachowaniu się człowieka, można by wydłużyć, tym bardziej, że człowiek jest nie tylko istotą społeczną, ale i biologiczną, nie tylko przeżywa dramaty związane z funkcjonowaniem w roli społecznej, powodujące utratę opinii społecznej i pozycji społecznej, wiarygodności i "twarzy" w oczach innych, ale także może zwyczajnie tracić zdrowie, odporność na tkwiące w środowisku czynniki destrukcyjne. Kryzysy, utrudniając nasze funkcjonowanie w teraźniejszości, pomagają jednak konstruować (albo dekonstruować) perspektywę działań przyszłych. I to jest właśnie jasna strona zjawisk kryzysowych. Ale skąd się one biorą? Jaka jest ich geneza, w jakich powstają okolicznościach, co im sprzyja?


Iloczyn bliski zeru

Istota kryzysu w pracy twórczej, w tym wypadku pracy naukowej, polega na gwałtownym pogorszeniu się dotychczasowej sytuacji podmiotu tak, że prawdopodobieństwo uzyskania wyniku (który nie zawsze jest do końca jasny) maleje, przybliżając się niebezpiecznie do zera. Albo inaczej - zmniejsza się wartość swoistego iloczynu: motywacji do działania oraz możliwości, jakie są w dyspozycji działającego podmiotu. Ten iloczyn jest oczywiście metaforą, jego psychologiczna treść sprowadza się do tego, że jeśli jeden z czynników jest równy zeru, to wynik mnożenia przybiera tę samą postać, czyli także jest równy zeru. Człowiek może zaprzestać działania, gdy uzna, że jego cel całkowicie utracił wartość, albo gdy stwierdzi, że jest on absolutnie nieosiągalny. Potocznie mówi się, że człowiek działa wówczas, gdy uważa, że warto i można, czyli że niezbędne do działania środki (także działania twórczego) są w jego zasięgu. W środowisku naukowym owe wartości mają bardzo złożony charakter, ponieważ ludzie nauki odgrywają wiele ról jednocześnie, nierzadko o charakterze konfliktowym. Wartości te są pochodną wymagań otoczenia i własnych autotelicznych dążeń oraz aspiracji jednostki.
Pozostańmy na chwilę przy wymaganiach stawianych przez środowisko akademickie kandydatom do kolejnych stopni naukowych. Owe wymagania to swego rodzaju "poprzeczki", które należy przeskoczyć, aby osiągnąć pozycję w społeczności naukowej. Kto ustawia owe poprzeczki? czy nie są one lokowane zbyt wysoko? A może za nisko? Jeśli nadmiernie wysoko, to mówi się, że rodzą poczucie niemożności działania, jeśli zbyt nisko - poczucie bezsensu działania. Najlepszy jest złoty środek, jak zawsze. Powstaje więc ważne pytanie o standardy wymagań w pracy naukowej, tak aby ich spełnianie prowadziło jednocześnie do wartościowych wyników, było podstawą zdobywania pozycji naukowej i prestiżu, a zarazem było źródłem osobistej satysfakcji. Bo wynik może być również źródłem potencjalnej frustracji, środowiskowych konfliktów personalnych i zjawisk dysfunkcjonalnych w życiu uczelni. Jeśli kolejne próby "zaatakowania" poprzeczki kończą się porażką, w świadomości kandydata tworzy się przekonanie o braku związku między wysiłkiem własnym a rezultatem, czyli poczucie wyuczonej bezradności. Gdy zaś jednostka spostrzega, iż owe wymagania są poniżej jej możliwości, w dodatku mało atrakcyjne, niejasne czy banalne, może wycofać się z uczestnictwa w szeroko rozumianym kontrakcie z instytucją, opuszcza uczelnię szukając szczęścia w innych dziedzinach aktywności. Łatwizna zniechęca ludzi ambitnych, a przeciętnych utwierdza w przekonaniu, że nauka i praca dydaktyczna to proces przypominający taśmę produkcyjną. Pojawiają się na niej "jakieś" wyniki i "jakieś" usługi edukacyjne, ale ich jakość bywa nieraz bardzo wątpliwa. Nie przynosi ona satysfakcji, nie pobudza, a często totalnie zniechęca.


Bo inni są winni

Atrybucja przyczyn zarówno sukcesów jak i niepowodzeń, może być dwojaka: można obwiniać siebie albo innych. Sukcesy mają wielu ojców, chętniej też przypisujemy sobie zasługi niż innym, a przecież jedne i drugie zawsze mają dwojaką genezę: zewnętrzną i wewnętrzną. Ci inni mogą być naprawdę winni, a mogą być też przez nas obwiniani, czasem słusznie, czasem niesłusznie, pod wpływem wzbudzonych gwałtownie emocji. Owa "wina" sprowadza się do tego, że np. stawiają nadmiernie wysokie wymagania, ale nie stwarzają odpowiednich warunków. Wymagają, ale nie pomagają. To najczęściej formułowany zarzut pod adresem opiekunów prac doktorskich. Nie zawsze opiekunowie mają dostęp do owych środków pomocy: pieniędzy, instrumentów, wpływu na decyzje awansowe. Nigdy jednak nie powinno zabraknąć im zwykłej ludzkiej życzliwości. Ci "inni", to także instytucje tworzące unormowania prawne, standardy wymagań, np. egzaminacyjnych, procedur dopuszczania do kolejnych faz przewodów doktorskich i habilitacyjnych, nadawania tytułu, powoływania na stanowiska profesorskie itp. To także procedury związane z przyznawaniem nagród i wyróżnień, nadawaniem odznaczeń, przydziałem środków na badania.
Standardy te są często odbiciem wymagań formułowanych przez międzynarodowe gremia naukowe, stowarzyszenia, komisje, redakcje czasopism, fundacje i agencje państwowe (ostatnio wzmogła się rola "listy filadelfijskiej" jako wyroczni iście delfickiej). Z reguły są to warunki wymuszające zachowania rywalizacyjne i mechanizmy konkurencji. Nie wszyscy to lubią, a niekiedy po prostu nie umieją działać w sytuacji presji czasu i groźby uzyskania niskiej pozycji w rankingu. Reguły promocji, przybierającej niekiedy formę ostentacyjnej autoreklamy dorobku i własnych kwalifikacji, są niezgodne z ich kodeksem wewnętrznej autonomii i raczej gotowością do współpracy z innymi niż do konkurencji. Ale ochrona własnych zasad i postawy godnościowej także kosztuje. Jest wielu badaczy, którzy zwyczajnie odczuwają lęk. "Wolę nie startować w konkursie niż przegrać" - to wstępna strategia obronna przed kryzysem. Powiedzmy raz jeszcze: zbyt wysokie wymagania prowadzą do przeświadczenia, że nic się nie da zrobić, zbyt niskie - że nie warto. Iloczyn motywacyjny bliski zeru niczego nie uczyni.


Biorę wszystko na siebie

Czyli preferuję zasadę "sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem". Sam za siebie odpowiadam. W razie niepowodzenia do siebie mam pretensje, siebie obwiniam. Jeśli wspomniany wyżej "iloczyn" motywacyjny jest daleki od zera - wszystko w porządku. Mówimy wówczas o podmiotowości doktoranta czy habilitanta, o jego sile i odwadze stawiania czoła przeciwnościom w zmaganiach o stopień lub tytuł naukowy. Gdy jednak dzieje się coś nieoczekiwanego i nieprzewidywalnego, co gwałtownie pogarsza sytuację twórcy, coś, co nie tylko osłabia zapał, zaciera sens, ale i rujnuje siły? Przy dużej skłonności do generalizacji jednostka nabiera przekonania, że się nie nadaje do pracy naukowej, że nie jest w stanie dźwigać tak dużych ciężarów, ponosić kosztów psychologicznych pracy naukowej. Niektórzy rezygnują, ponieważ widzą, że ich praca nie jest zgodna z własnymi ambicjami i aspiracjami. Ktoś z boku doradza: "nie musisz napisać pracy na piątkę z plusem, wystarczy, że będzie na czwórkę". Ale właśnie doktorant chce, aby była na szóstkę. Przy tendencji do traktowania własnych niepowodzeń jako chwilowych incydentów, zdarzeń przypadkowych bez wielkiego znaczenia, do kryzysu może w ogóle nie dojść. Czasem jednak dochodzi. Dlaczego?


Rozwiązane sznurowadło

Ponieważ niektóre zdarzenia przypadkowe nabierają nagle nieproporcjonalnie dużej wagi. Niby nie mają nic wspólnego z pracą, w tym wypadku mówimy o pracy mającej związek z rozwojem i awansem naukowym w uczelniach wyższych. Ale często są z nią związane. Przysłowiowe pechy, potknięcia, koincydencje, pozornie nic ważnego. Wirus w komputerze, na ekranie hieroglify migające bez związku i sensu, zginęła tabela wyników, pojawił się błąd rachunkowy, podważający u recenzenta zaufanie do całej pracy, wreszcie może być, że tekst przeleżał na poczcie albo w przepaścistej szufladzie recenzenta, albo praca trafiła pomyłkowo pod niewłaściwy adres. Tę listę zdarzeń pechowych można wydłużyć. Obrastają one w legendy i są tematem niekończących się opowiadań i anegdot, ale tylko wówczas, gdy kryzys został zażegnany i sprawa zakończyła się pomyślnie. Bo owe "rozwiązane sznurowadła" to innymi słowy przeciwności losu, kropla w kielichu goryczy. Odechciewa się wszystkiego, rezygnacja staje się najbardziej oczywistym sposobem uwolnienia się od sytuacji kryzysowej. Siła zdarzeń przypadkowych jest odwrotnie proporcjonalna do ich znaczenia, ale właśnie one mogą odegrać przysłowiową rolę "gwoździa do trumny". Czasem dosłownie. Bądźmy wrażliwi na tzw. granice wytrzymałości, zwłaszcza młodych, ambitnych ludzi. Pozornie błaha uwaga, niezręczne słówko, niezamierzona aluzja mogą niepotrzebnie dolać oliwy do ognia, rozjątrzyć ranę, zwiększyć cierpienie i ryzyko czynu gwałtownego.


Kryzys kryzysowi nierówny

Nie tylko ze względu na wspomnianą wyżej dwojaką rolę w zachowaniu się człowieka, siłę i głębię przeżyć, czyli stopień subiektywnej dolegliwości. Z reguły, po przebytym kryzysie człowiek odzyskuje równowagę, podnosi się, ale nie pozbywa całkiem osadu cierpienia. Najważniejszym "trofeum" po przebytym kryzysie jest niewątpliwie zdolność do radzenia sobie w podobnych sytuacjach, umiejętność dokonywania przewartościowań, poszukiwania sensu nadrzędnego swoich działań, odrzucania i nadawania nowych znaczeń swojej pracy. Kryzys to początek procesu zwanego transgresją, czyli przekraczania granic, które w innych sytuacjach w ogóle nie byłyby dostrzeżone. Cóż to za kolosalny przyrost potencjału - umiejętność przekraczania progów własnej bezradności. Można zaryzykować tezę, że sukcesy w pracy naukowej ostatecznie są wynikiem umiejętności radzenia sobie z kryzysami.
Kariera naukowa i rozwój człowieka pełniącego różnorakie role w instytucjach akademickich mają swoje wyraziste punkty krytyczne, momenty zwrotne oraz charakterystyczne konteksty, w których jego aktywność jest szczególnie poddana osądowi społecznemu, w dużym stopniu ujętemu w ramy skodyfikowanych procedur i standardów oceny. Jednak najbardziej wyraziste momenty to okres finalizowania pracy doktorskiej oraz kolokwium habilitacyjne. Doktorat to wynik wspólnej pracy doktoranta i jego opiekuna naukowego. Procedury przewodu są jawne, finał przewidywalny. Odwrotnie z habilitacją. Procedury są w dużym stopniu zamknięte, wyniki dyskusji na kolokwium - tajne. Oczekiwanie na wyniki głosowań po kolokwium, choć wysoce stresujące, jest niczym wobec męki oczekiwania na werdykt Centralnej Komisji. Jest to prawdziwa tortura, prowadząca do nieodwracalnych czasem szkód i traumatycznych przeżyć. Długotrwałe procedury odwoławcze w razie niepowodzenia niszczą resztki energii habilitanta mogące służyć konstruktywnym działaniom.


Kryzysy i skandale

Tych ostatnich wcale nie tak mało. Kryzysy są niewidzialne, za to skandale nieraz bardzo głośne, chociaż środowisko naukowe wiele czyni, aby wrzawa w mediach szybko cichła. Ktoś powie, że łączenie kryzysów w pracy twórczej ze zjawiskami patologii w nauce jest rodzajem nadużycia. Nie sądzę, aby tak było. Moim zdaniem, warto mówić o kryzysach w kontekście coraz bardziej wyrazistych oznak dekadencji, generowanych przez środowiska naukowe. Oszustwa, fałszerstwa, plagiaty i działania korupcyjne nie należą do rzadkości, przeciwnie coraz to przybierają na sile. Jedną z najważniejszych przyczyn zjawisk patologicznych w nauce jest, moim zdaniem, brak kompetencji zaradczych, nieumiejętności radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi na wszystkich polach i w pełnieniu wszystkich głównych ról uczonych: badaczy, nauczycieli akademickich oraz organizatorów życia naukowego. Związek między kryzysami a patologią w nauce polega na tym, że szeroko rozumiane środowisko naukowe (instytucje oraz postawy i zachowania uczonych) "radzi sobie jak może" w sytuacjach trudnych, nie przejmując się zanadto faktem, iż niepostrzeżenie dokonuje się erozja norm moralnych, że płowieją ideały wpisane w "misje" szkół wyższych, że następuje degradacja roli nauki jako instytucji zaufania społecznego. Warto poznać "etiologię" kryzysów indywidualnych, aby postawić diagnozę chorób nękających całą naukę, zwłaszcza tych instytucji, które wzięły na siebie rolę nie tylko kształcenia umysłów, ale i kształtowania charakterów młodego pokolenia. Szkoły wyższe chcą zachować pełne prawo do autonomii, jakże słuszne, ale czasem zapominają o obowiązku "bycia przezroczystymi". Przezroczystość oznacza, że nie mamy nic do ukrycia, za to wiele do pokazania i jeszcze więcej do przekazania.
Suma kryzysów jednostkowych składa się na kryzys nauki jako całości. I nie tylko dlatego, że malejące dotacje państwa na naukę i szkolnictwo wyższe oraz restrykcyjna polityka finansowa wymuszają niezgodne z etosem zachowania dewiacyjne uczonych i prowokują sytuacje dylematów moralnych. Warto wiedzieć, że kryzysy mogą manifestować się z niezwykłą ostrością zarówno w procesie tworzenia wiedzy, jak podczas podejmowania decyzji o ich praktycznym zastosowaniu, również w procesie pełnienia kierowniczych ról w instytucjach i organizacjach naukowych czy państwowych.
Podobnie jak w sytuacji gwałtownej choroby, utraty bliskiej osoby, pozycji społecznej czy majątkowej, tak i w sytuacji załamania wiary w możliwość osiągnięcia upragnionych przez badaczy celów potrzebna jest pomoc psychologiczna i wsparcie duchowe, zwane interwencją kryzysową. Zanim więc dowiemy się, czy mamy do czynienia z kryzysem przeklętym, czy błogosławionym, spróbujmy rozpoznać i zrozumieć specyficzną, niepowtarzalną sytuację twórcy, zwłaszcza gdy stawia on pierwsze kroki w dziedzinie badań i dydaktyki. Taka diagnoza może pozwolić na dalsze konkluzje dotyczące konkretnych strategii zaradczych i wzorców zachowań pomocnych, aby nie dochodziło do syzyfowych zmagań, marnotrawienia środków, rozczarowań i mało konstruktywnych złudzeń, nade wszystko zaś do działalności pozorowanej, pseudonaukowej. Wiedza tego rodzaju miałaby istotne znaczenie w budowaniu bardziej skutecznego systemu pomocy doktorantom, habilitantom, a nie jest wykluczone, że i profesorom, w ich zmaganiach o uzyskanie stopni naukowych.
Kryzysy towarzyszą uczonym w każdym okresie życia, podobnie jak wszystkim, którzy mają na celu rozwój własny. Gdy stawiają pierwsze kroki na niwie naukowej, gdy po doktoracie uzyskują samodzielność oraz gdy przechodzą na emeryturę. Starajmy się zapobiegać sytuacjom, w których kryzysy przeobrażają się w katastrofy i bywa, że kończą się tragiczną formą ucieczki od siebie i od świata. Tych tragedii mogłoby nie być, gdybyśmy w porę poszukali dróg ocalenia. Pojęcie interwencji kryzysowej należałoby jednak rozszerzyć, nadając mu treść nie tylko psychologiczną, odnoszącą się do jednostek, lecz do całych społeczności, funkcjonujących w określonych ramach instytucji i organizacji, w tym wypadku - szkół wyższych.

Prof. dr hab. Zofia Ratajczak, psycholog, jest prorektorem Uniwersytetu Śląskiego.



Uwagi.