ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Życie akademickie


Nomadyzm niemobilnych

Stanowisko profesora powinno być po prostu obsadzone przez najzdolniejszego kandydata ze stopniem doktora, gdyby zaś taka osoba przestała być produktywna naukowo, powinna to stanowisko stracić, by uczynić miejsce młodszym i zdolniejszym.
Józef Wieczorek, Cezary Wójcik

 Fot. Stefan Ciechan Jednym z argumentów przeciwników wprowadzenia w Polsce podobnego do amerykańskiego systemu organizacji nauki jest brak mobilności kadr akademickich. Twierdzą oni, że pracownicy naukowi trzymają się swojego miejsca zamieszkania, a warunki ekonomiczne nie pozwalają na częste zmiany miejsca pracy. Przyznają z reguły, że system amerykański, oparty na mobilności kadr jest bardziej wydajny, lecz uważają, że dopóki nie dojdzie do zmiany warunków ekonomicznych i mentalności naukowców polskich, musi być tak, jak jest, bo inaczej będzie jeszcze gorzej.

Ta argumentacja powoduje, że w nauce polskiej nic się tak naprawdę od lat nie zmienia, wszystko pozostaje „po staremu”. Każdy postulat zmian jest traktowany jak nawoływanie do rewolucji, której nauka podobno nie znosi. Czy te argumenty są zasadne? Czy nie jest to czasem obawa tych, którzy nie chcą jakichkolwiek realnych zmian, ponieważ są zbyt przywiązani do obecnego systemu? Czy brak mobilności kadr jest przyczyną takiego, a nie innego systemu organizacji nauki, czy też jest odwrotnie?

W jednej uczelni

Przebijające się gdzieniegdzie krytyczne opinie o braku mobilności kadr akademickich na ogół kontrastują z wypowiedziami kandydatów do różnych funkcji w uczelni, chwalących się zwykle w okresie wyborów, że od studenta do profesora pracowali w tym samym miejscu. To ma być argument świadczący za tym, że najlepiej znają uczelnię, jej problemy i najlepiej nadają się do objęcia funkcji. Ciekawe, że w tym przypadku brak mobilności nie jest wadą, lecz zaletą kariery akademickiej.

W systemie amerykańskim taka kariera nie jest możliwa. Niemobilny odpada. Nie ma szans na zatrudnienie. Zmiana miejsca pracy jest wymuszona systemowo. Nie można spędzić całego życia w jednej uczelni, podobnie jak nie można całego życia przepracować w jednej firmie. Przeciętny Amerykanin co najmniej czterokrotnie zmienia miejsce pracy i uczeni nie są tu wyjątkiem. W przypadku naukowca osiągającego sukcesy, zmiana miejsca pracy prowadzi do coraz wyższych zarobków, większego laboratorium oraz lepszej uczelni i kończy się dopiero, gdy uda się mu zdobyć pozycję w Harvardzie lub Uniwersytecie Stanforda. Podczas gdy w przypadku naukowca przeciętnego lub wręcz miernego obserwuje się albo brak zmiany miejsca pracy, albo przenoszenie się do gorszych szkół wyższych (collegeów), gdzie nad uprawianiem nauki przeważa nauczanie.

O obsadzie etatu w każdej uczelni - małej czy dużej - decydują autentyczne, otwarte konkursy, na które wpływa kilkadziesiąt lub nawet kilkaset podań. Niezależna komisja wybiera kandydata o największym dorobku i największych perspektywach rozwoju, a nie tego, który najwięcej czasu spędził w jednej uczelni i najlepiej tkał „akademicką pajęczynę”. Wprowadzenia podobnego systemu nasi uczeni boją się bardziej niż ognia.

Chów wsobny

W Polsce najpopularniejszy jest chów wsobny, czyli chowanie swoich - w swoich uczelniach. O rozwoju ośrodka decydują obyczaje plemienne. Każdy ośrodek naukowy opanowany jest przez członków jednego plemienia i tylko oni mogą w nim zrobić karierę. Takie reguły obowiązują w starych ośrodkach, gdzie więzi plemienne są najtrwalsze. Ktoś spoza tej wspólnoty zawsze jest obcy, bez szans na karierę, szczególnie wtedy, gdy nie przestrzega etyki plemiennej. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Do tych reguł starają się dostosować także uczelnie młode, dopiero co zakładane, w tym prywatne. Te są zmuszone do korzystania z kadry starszych uczelni. Ich rektorzy argumentują, że nie może być inaczej, bo w ciągu 10-15 lat istnienia uczelnie te nie zdołały wykształcić swojej kadry, tzn. chów wsobny nie został jeszcze ukończony, ale jest na dobrej drodze. Polityka tych uczelni nawiązuje do polityki uczelni starszych. O innych sposobach rekrutacji kadr wcale się nie myśli. Wypożyczanie okresowe kadr - tak, rekrutacja nie swoich na drodze autentycznych konkursów - nie.

Gdy upłynie trochę lat uczelnie te również oprą się na swojej kadrze, a kariery od studenta do rektora w tej samej uczelni będą także dla nich wzorcowe. Taki system jest u nas utrwalany od lat i jeśli nie przyjmiemy innego myślenia, będzie panował na wieki. Niektórzy twierdzą, że reform nie można przeprowadzić od zaraz, że na to potrzeba czasu, nowego pokolenia. Tymczasem od obalenia komunizmu upłynęło 15 lat, obecne w uczelniach nowe pokolenie przejmuje obyczaje swoich poprzedników, a ludzie zdolni i przedsiębiorczy, najczęściej z braku perspektyw, realizują się poza uczelniami i nauką.

Konkursy tylko dla swoich

Zwolennicy obecnego systemu twierdzą, że system amerykański nie jest dla nas, bo na konkursy zgłasza się tylko jedna osoba, podczas gdy w USA dziesiątki, a nawet setki. Trudno ten argument chyba uznać za coś innego niż zwykłą hipokryzję, bo odpowiadają za to organizatorzy konkursów, stawiający na osobę wcześniej wybraną, czyli zwycięzcę, według kryteriów dostosowanych nie do potrzeb instytutu czy uczelni, lecz do potrzeb i osiągnięć konkretnej osoby, często według kryteriów genetycznych (w takiej genetyce jesteśmy silni!). Na wszelki wypadek ogłoszenia o konkursach wywieszane są zwykle tylko obok dziekanatu. Czemu nie zamieszcza się ich standardowo w ogólnopolskich czasopismach, takich jak choćby „Forum Akademickie” (są jedynie wyjątki) lub w Internecie na jakimś ogólnopolskim portalu, np. Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, tak aby istniała ogólnie dostępna tablica ogłoszeń - tego przeciwnicy zmian nie tłumaczą. Jakby się bali, by na etaty nie zgłaszała się więcej niż jedna upatrzona osoba i by nadal był to argument przeciwko wprowadzeniu u nas systemu anglosaskiego.

Trzeba przy tym zaznaczyć, że nawet gdyby ktoś przypadkowo poinformowany, ale niepowołany, zgłosił się na taki konkurs, to i tak nie ma żadnych szans. Jeśli ma więcej lepszych publikacji i większe osiągnięcia edukacyjne, to i tak gorzej spełnia wymagania stawiane kandydatom, bo te w sposób wręcz idealny spełnia tylko wybrany wcześniej zwycięzca. Niepowołany do wygrania śmiałek może być najlepszy, ale konkretnie najlepszy jest ten, kto wygrał już przed ogłoszeniem konkursu. Taki sposób rekrutacji kadr akademickich zapewnia i utrwala niemobilność systemową.

Rzadko spotykane próby mobilności są wręcz karane. Zmiana ośrodka jest podejrzana. Oznacza, że ktoś był słaby albo konfliktowy, więc należy się go wystrzegać. Im więcej ma znanych publikacji, im bardziej znane osiągnięcia edukacyjne, tym gorzej dla takiego nieudacznika. „Udacznikami” są ci, którzy ośrodków nie zmieniają, co świadczy o ich wartości i lojalności, tak wysoko cenionej przez decydentów.

Pogląd o tym, że gdy ktoś jest dobry, to wszędzie znajdzie pracę, a inni się będą o niego bili, nie ma u nas pokrycia w faktach. W Polsce o dobrych nikt się nie bije, dobrych się bije. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Wieloetatowe chałturzenie

Profesorowie są zakorzenieni w jednej uczelni, w której robili karierę i co daje im prestiż oraz przysługujące wynagrodzenie - zdarza się, że bez potrzeby weryfikacji ich pracy - ale jednocześnie jeżdżą od miasta do miasta, od uczelni do uczelni w celu napełnienia kieszeni. Fakt, że nie wszyscy muszą tak jeździć. Profesorowie zręcznościowi, którzy mają dobre układy, z częstej peregrynacji mogą być zwolnieni dostarczając punktów do ocen PKA.

Nasz system akademicki nie wymaga pracy, lecz jedynie dostarczania punktów uczelni. Jeśli ktoś dostarcza wielu punktów, pracować nie musi. Układ jest prosty - uczelnia ma punkty, profesor ma pieniądze i obie strony są zadowolone. Jeśli się ma taki układ w kilku uczelniach, które u nas rosną jak grzyby po deszczu, to i kieszeń można nabić bez większego wysiłku. Wielu „sklonowanych profesorów” znaleźć można tylko na liście płac.

Jak wyglądają te wysoko punktowane usługi profesorów zręcznościowych, można na ogół przeczytać na niektórych forach internetowych. Serwują zwykle bubel edukacyjny, bo nie mają czasu ani na pracę naukową, ani na czytanie literatury światowej, ani na czytanie prac licznych magistrantów. Nie są w stanie wykrywać plagiatów, o ile w ogóle taka działalność ich interesuje. Przekazują studentom kult bylejakości i uczą chałturzenia.

Wieloetatowość profesorów kontrastuje z bezetatowością coraz liczniejszych doktorów. Ale za doktora, choćby najlepszego, uczelnie mają mało punktów, za profesora, choćby najgorszego - wiele. Stąd uczelnie wolą profesorów. Jak nie zatrudnią aktywnych doktorów, to bubel profesorski nie będzie tak widoczny. Nie będzie kontrastu, który zakłócałby systemową fikcję edukacyjną. System działa bardzo sprawnie, dlatego doktorom pozostaje jedynie nomadyzm zagraniczny. U nas z reguły nie mają szans. Niektórzy mają układ z profesorem i odwalają za niego robotę za marne okruchy z pańskiego stołu.

Jedynym wyjściem z sytuacji byłaby likwidacja tytułu profesora belwederskiego, który daje uczelniom tak silną kartę przetargową. Nie może być tak, że bezproduktywnego profesora ceni się wyżej niż genialnego nawet doktora. Stanowisko profesora powinno być po prostu obsadzone przez najzdolniejszego kandydata ze stopniem doktora. Gdyby zaś taka osoba przestała być produktywna naukowo, powinna to stanowisko stracić, by uczynić miejsce młodszym i zdolniejszym.

Nomadyzm etycznie wymuszony

Wieloetatowość profesorów stwarza jednakże konkurencję uczelniom państwowym ze strony uczelni prywatnych. Dlatego uczelnie państwowe wprowadzają jej ograniczanie. Określają, że wykładanie w uczelniach w tym samym mieście jest etycznie naganne, gdy natomiast wykładanie w różnych miastach - nie. Stąd mobilność wymuszona zostaje etycznie. Żeby być etycznym, trzeba się przemieszczać do nieraz odległych miast. Tym sposobem interesy zasadniczo niemobilnych zostają zabezpieczone, a i etyczność mobilnych zostaje ekonomicznie ocalona. Nie ma mowy jednak o ocaleniu poziomu badań i edukacji.

Inną formą jest mobilność wymuszona skutkami plagiatorstwa. Profesor przyłapany w jednej uczelni na plagiatach nie zawsze może w niej pozostać. Jeśli plagiatował wiele razy, zdarza się, że ponosi skutki takich czynów. Konsekwencje są u nas jednak osobliwe. Prosi się go o opuszczenie swojej uczelni, ale może się przenieść do innej. Ktoś, kto był nieuczciwy w jednej uczelni, w innej może świecić przykładem.

W USA plagiat wyklucza ze środowiska akademickiego, w Polsce jedynie wymusza mobilność. Nikt nie odbiera plagiatorom tytułów profesorskich lub habilitacji. Gdyby wzrosła u nas wykrywalność plagiatów, to i zwiększyłaby się mobilność kadr akademickich. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Niestety tylko nieuczciwym. Uczciwi za karę muszą się trzymać swoich uczelni.

Co zmienić w systemie?

Nie ma chyba wątpliwości, że ten system należy zmienić. Chów wsobny powoduje, że uczelnie - nawet te najlepsze - zapadają czasem na nieuleczalne, permanentne schorzenia. Nepotyzm, klikowość, korupcja, brak krytyki naukowej, negatywna selekcja kadr, rządy samych swoich - to tylko kilka przykładów tych schorzeń. Trzeba podjąć radykalne kroki. Konieczne jest wprowadzenie programu ochrony różnorodności akademickiej.

Trzeba wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu, podobnie jak w Niemczech. Tym samym ktoś, kto w jednej uczelni ukończył studia i obronił doktorat przed komisją ogólnopolską, a najlepiej międzynarodową, byłby zmuszony do mobilności, do pracy w innych ośrodkach naukowych, i nie wcześniej niż po 5 latach mógłby się starać o miejsce w swojej macierzystej uczelni, w ramach otwartego, a z reguły międzynarodowego, konkursu. Oczywiście, zarobki takiej osoby muszą umożliwiać przeprowadzkę do innego miasta i rozwiązanie problemu mieszkaniowego.

Wprowadzenie otwartych rzeczywistych konkursów - zamiast obecnych fikcyjnych - wymusiłoby mobilność kadry naukowej, która bez doświadczeń z innych ośrodków nie miałaby szans powrotu do swojej macierzystej uczelni.

Obsadzanie etatów w szkołach prywatnych winno się odbywać na podobnych zasadach. Likwidacja wieloetatowości zmusiłaby uczelnie do zatrudniania kompetentnych jednoetatowców, do obsadzania stanowisk według kwalifikacji, a nie według tytułów, u nas od poziomu merytorycznego i etycznego niezależnych. Wieloetatowość w takiej postaci, jaka występuje w Polsce, nie istnieje w USA, gdyż trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł godzić obowiązki pracy w jednej uczelni z pracą w drugiej, konkurencyjnej placówce. Jednakże niezbędnym warunkiem usunięcia wieloetatowości oraz chałturzenia uczonych jest, po pierwsze, wynagrodzenie umożliwiające życie na przyzwoitym poziomie z jednego etatu, a po drugie, powiązanie wysokości tego wynagrodzenia z osiągnięciami naukowymi i dydaktycznymi.

Taki system winien działać na rzecz likwidacji uczelni obliczonych na liczenie kasy przez profesorskich nomadów i zdobywanie dyplomów przez niedouczonych studentów pozbawionych rzeczywistego kontaktu ze środowiskiem naukowym.

Józef Wieczorek, Kraków, Cezary Wójcik, Dallas