Jednym z argumentów przeciwników wprowadzenia w Polsce podobnego do amerykańskiego systemu organizacji nauki jest brak mobilności kadr akademickich. Twierdzą oni, że pracownicy naukowi trzymają się swojego miejsca zamieszkania, a warunki ekonomiczne nie pozwalają na częste zmiany miejsca pracy. Przyznają z reguły, że system amerykański, oparty na mobilności kadr jest bardziej wydajny, lecz uważają, że dopóki nie dojdzie do zmiany warunków ekonomicznych i mentalności naukowców polskich, musi być tak, jak jest, bo inaczej będzie jeszcze gorzej.
Ta argumentacja powoduje, że w nauce polskiej nic się tak naprawdę od lat nie zmienia, wszystko pozostaje „po staremu”. Każdy postulat zmian jest traktowany jak nawoływanie do rewolucji, której nauka podobno nie znosi. Czy te argumenty są zasadne? Czy nie jest to czasem obawa tych, którzy nie chcą jakichkolwiek realnych zmian, ponieważ są zbyt przywiązani do obecnego systemu? Czy brak mobilności kadr jest przyczyną takiego, a nie innego systemu organizacji nauki, czy też jest odwrotnie?
Przebijające się gdzieniegdzie krytyczne opinie o braku mobilności kadr akademickich na ogół kontrastują z wypowiedziami kandydatów do różnych funkcji w uczelni, chwalących się zwykle w okresie wyborów, że od studenta do profesora pracowali w tym samym miejscu. To ma być argument świadczący za tym, że najlepiej znają uczelnię, jej problemy i najlepiej nadają się do objęcia funkcji. Ciekawe, że w tym przypadku brak mobilności nie jest wadą, lecz zaletą kariery akademickiej.
W systemie amerykańskim taka kariera nie jest możliwa. Niemobilny odpada. Nie ma szans na zatrudnienie. Zmiana miejsca pracy jest wymuszona systemowo. Nie można spędzić całego życia w jednej uczelni, podobnie jak nie można całego życia przepracować w jednej firmie. Przeciętny Amerykanin co najmniej czterokrotnie zmienia miejsce pracy i uczeni nie są tu wyjątkiem. W przypadku naukowca osiągającego sukcesy, zmiana miejsca pracy prowadzi do coraz wyższych zarobków, większego laboratorium oraz lepszej uczelni i kończy się dopiero, gdy uda się mu zdobyć pozycję w Harvardzie lub Uniwersytecie Stanforda. Podczas gdy w przypadku naukowca przeciętnego lub wręcz miernego obserwuje się albo brak zmiany miejsca pracy, albo przenoszenie się do gorszych szkół wyższych (collegeów), gdzie nad uprawianiem nauki przeważa nauczanie.
O obsadzie etatu w każdej uczelni - małej czy dużej - decydują autentyczne, otwarte konkursy, na które wpływa kilkadziesiąt lub nawet kilkaset podań. Niezależna komisja wybiera kandydata o największym dorobku i największych perspektywach rozwoju, a nie tego, który najwięcej czasu spędził w jednej uczelni i najlepiej tkał „akademicką pajęczynę”. Wprowadzenia podobnego systemu nasi uczeni boją się bardziej niż ognia.
W Polsce najpopularniejszy jest chów wsobny, czyli chowanie swoich - w swoich uczelniach. O rozwoju ośrodka decydują obyczaje plemienne. Każdy ośrodek naukowy opanowany jest przez członków jednego plemienia i tylko oni mogą w nim zrobić karierę. Takie reguły obowiązują w starych ośrodkach, gdzie więzi plemienne są najtrwalsze. Ktoś spoza tej wspólnoty zawsze jest obcy, bez szans na karierę, szczególnie wtedy, gdy nie przestrzega etyki plemiennej. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.
Do tych reguł starają się dostosować także uczelnie młode, dopiero co zakładane, w tym prywatne. Te są zmuszone do korzystania z kadry starszych uczelni. Ich rektorzy argumentują, że nie może być inaczej, bo w ciągu 10-15 lat istnienia uczelnie te nie zdołały wykształcić swojej kadry, tzn. chów wsobny nie został jeszcze ukończony, ale jest na dobrej drodze. Polityka tych uczelni nawiązuje do polityki uczelni starszych. O innych sposobach rekrutacji kadr wcale się nie myśli. Wypożyczanie okresowe kadr - tak, rekrutacja nie swoich na drodze autentycznych konkursów - nie.
Gdy upłynie trochę lat uczelnie te również oprą się na swojej kadrze, a kariery od studenta do rektora w tej samej uczelni będą także dla nich wzorcowe. Taki system jest u nas utrwalany od lat i jeśli nie przyjmiemy innego myślenia, będzie panował na wieki. Niektórzy twierdzą, że reform nie można przeprowadzić od zaraz, że na to potrzeba czasu, nowego pokolenia. Tymczasem od obalenia komunizmu upłynęło 15 lat, obecne w uczelniach nowe pokolenie przejmuje obyczaje swoich poprzedników, a ludzie zdolni i przedsiębiorczy, najczęściej z braku perspektyw, realizują się poza uczelniami i nauką.
Zwolennicy obecnego systemu twierdzą, że system amerykański nie jest dla nas, bo na konkursy zgłasza się tylko jedna osoba, podczas gdy w USA dziesiątki, a nawet setki. Trudno ten argument chyba uznać za coś innego niż zwykłą hipokryzję, bo odpowiadają za to organizatorzy konkursów, stawiający na osobę wcześniej wybraną, czyli zwycięzcę, według kryteriów dostosowanych nie do potrzeb instytutu czy uczelni, lecz do potrzeb i osiągnięć konkretnej osoby, często według kryteriów genetycznych (w takiej genetyce jesteśmy silni!). Na wszelki wypadek ogłoszenia o konkursach wywieszane są zwykle tylko obok dziekanatu. Czemu nie zamieszcza się ich standardowo w ogólnopolskich czasopismach, takich jak choćby „Forum Akademickie” (są jedynie wyjątki) lub w Internecie na jakimś ogólnopolskim portalu, np. Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, tak aby istniała ogólnie dostępna tablica ogłoszeń - tego przeciwnicy zmian nie tłumaczą. Jakby się bali, by na etaty nie zgłaszała się więcej niż jedna upatrzona osoba i by nadal był to argument przeciwko wprowadzeniu u nas systemu anglosaskiego.
Trzeba przy tym zaznaczyć, że nawet gdyby ktoś przypadkowo poinformowany, ale niepowołany, zgłosił się na taki konkurs, to i tak nie ma żadnych szans. Jeśli ma więcej lepszych publikacji i większe osiągnięcia edukacyjne, to i tak gorzej spełnia wymagania stawiane kandydatom, bo te w sposób wręcz idealny spełnia tylko wybrany wcześniej zwycięzca. Niepowołany do wygrania śmiałek może być najlepszy, ale konkretnie najlepszy jest ten, kto wygrał już przed ogłoszeniem konkursu. Taki sposób rekrutacji kadr akademickich zapewnia i utrwala niemobilność systemową.
Rzadko spotykane próby mobilności są wręcz karane. Zmiana ośrodka jest podejrzana. Oznacza, że ktoś był słaby albo konfliktowy, więc należy się go wystrzegać. Im więcej ma znanych publikacji, im bardziej znane osiągnięcia edukacyjne, tym gorzej dla takiego nieudacznika. „Udacznikami” są ci, którzy ośrodków nie zmieniają, co świadczy o ich wartości i lojalności, tak wysoko cenionej przez decydentów.
Pogląd o tym, że gdy ktoś jest dobry, to wszędzie znajdzie pracę, a inni się będą o niego bili, nie ma u nas pokrycia w faktach. W Polsce o dobrych nikt się nie bije, dobrych się bije. Wyjątki tylko potwierdzają regułę.
Profesorowie są zakorzenieni w jednej uczelni, w której robili karierę i co daje im prestiż oraz przysługujące wynagrodzenie - zdarza się, że bez potrzeby weryfikacji ich pracy - ale jednocześnie jeżdżą od miasta do miasta, od uczelni do uczelni w celu napełnienia kieszeni. Fakt, że nie wszyscy muszą tak jeździć. Profesorowie zręcznościowi, którzy mają dobre układy, z częstej peregrynacji mogą być zwolnieni dostarczając punktów do ocen PKA.
Nasz system akademicki nie wymaga pracy, lecz jedynie dostarczania punktów uczelni. Jeśli ktoś dostarcza wielu punktów, pracować nie musi. Układ jest prosty - uczelnia ma punkty, profesor ma pieniądze i obie strony są zadowolone. Jeśli się ma taki układ w kilku uczelniach, które u nas rosną jak grzyby po deszczu, to i kieszeń można nabić bez większego wysiłku. Wielu „sklonowanych profesorów” znaleźć można tylko na liście płac.
Jak wyglądają te wysoko punktowane usługi profesorów zręcznościowych, można na ogół przeczytać na niektórych forach internetowych. Serwują zwykle bubel edukacyjny, bo nie mają czasu ani na pracę naukową, ani na czytanie literatury światowej, ani na czytanie prac licznych magistrantów. Nie są w stanie wykrywać plagiatów, o ile w ogóle taka działalność ich interesuje. Przekazują studentom kult bylejakości i uczą chałturzenia.
Wieloetatowość profesorów kontrastuje z bezetatowością coraz liczniejszych doktorów. Ale za doktora, choćby najlepszego, uczelnie mają mało punktów, za profesora, choćby najgorszego - wiele. Stąd uczelnie wolą profesorów. Jak nie zatrudnią aktywnych doktorów, to bubel profesorski nie będzie tak widoczny. Nie będzie kontrastu, który zakłócałby systemową fikcję edukacyjną. System działa bardzo sprawnie, dlatego doktorom pozostaje jedynie nomadyzm zagraniczny. U nas z reguły nie mają szans. Niektórzy mają układ z profesorem i odwalają za niego robotę za marne okruchy z pańskiego stołu.
Jedynym wyjściem z sytuacji byłaby likwidacja tytułu profesora belwederskiego, który daje uczelniom tak silną kartę przetargową. Nie może być tak, że bezproduktywnego profesora ceni się wyżej niż genialnego nawet doktora. Stanowisko profesora powinno być po prostu obsadzone przez najzdolniejszego kandydata ze stopniem doktora. Gdyby zaś taka osoba przestała być produktywna naukowo, powinna to stanowisko stracić, by uczynić miejsce młodszym i zdolniejszym.
Wieloetatowość profesorów stwarza jednakże konkurencję uczelniom państwowym ze strony uczelni prywatnych. Dlatego uczelnie państwowe wprowadzają jej ograniczanie. Określają, że wykładanie w uczelniach w tym samym mieście jest etycznie naganne, gdy natomiast wykładanie w różnych miastach - nie. Stąd mobilność wymuszona zostaje etycznie. Żeby być etycznym, trzeba się przemieszczać do nieraz odległych miast. Tym sposobem interesy zasadniczo niemobilnych zostają zabezpieczone, a i etyczność mobilnych zostaje ekonomicznie ocalona. Nie ma mowy jednak o ocaleniu poziomu badań i edukacji.
Inną formą jest mobilność wymuszona skutkami plagiatorstwa. Profesor przyłapany w jednej uczelni na plagiatach nie zawsze może w niej pozostać. Jeśli plagiatował wiele razy, zdarza się, że ponosi skutki takich czynów. Konsekwencje są u nas jednak osobliwe. Prosi się go o opuszczenie swojej uczelni, ale może się przenieść do innej. Ktoś, kto był nieuczciwy w jednej uczelni, w innej może świecić przykładem.
W USA plagiat wyklucza ze środowiska akademickiego, w Polsce jedynie wymusza mobilność. Nikt nie odbiera plagiatorom tytułów profesorskich lub habilitacji. Gdyby wzrosła u nas wykrywalność plagiatów, to i zwiększyłaby się mobilność kadr akademickich. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Niestety tylko nieuczciwym. Uczciwi za karę muszą się trzymać swoich uczelni.
Nie ma chyba wątpliwości, że ten system należy zmienić. Chów wsobny powoduje, że uczelnie - nawet te najlepsze - zapadają czasem na nieuleczalne, permanentne schorzenia. Nepotyzm, klikowość, korupcja, brak krytyki naukowej, negatywna selekcja kadr, rządy samych swoich - to tylko kilka przykładów tych schorzeń. Trzeba podjąć radykalne kroki. Konieczne jest wprowadzenie programu ochrony różnorodności akademickiej.
Trzeba wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu, podobnie jak w Niemczech. Tym samym ktoś, kto w jednej uczelni ukończył studia i obronił doktorat przed komisją ogólnopolską, a najlepiej międzynarodową, byłby zmuszony do mobilności, do pracy w innych ośrodkach naukowych, i nie wcześniej niż po 5 latach mógłby się starać o miejsce w swojej macierzystej uczelni, w ramach otwartego, a z reguły międzynarodowego, konkursu. Oczywiście, zarobki takiej osoby muszą umożliwiać przeprowadzkę do innego miasta i rozwiązanie problemu mieszkaniowego.
Wprowadzenie otwartych rzeczywistych konkursów - zamiast obecnych fikcyjnych - wymusiłoby mobilność kadry naukowej, która bez doświadczeń z innych ośrodków nie miałaby szans powrotu do swojej macierzystej uczelni.
Obsadzanie etatów w szkołach prywatnych winno się odbywać na podobnych zasadach. Likwidacja wieloetatowości zmusiłaby uczelnie do zatrudniania kompetentnych jednoetatowców, do obsadzania stanowisk według kwalifikacji, a nie według tytułów, u nas od poziomu merytorycznego i etycznego niezależnych. Wieloetatowość w takiej postaci, jaka występuje w Polsce, nie istnieje w USA, gdyż trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł godzić obowiązki pracy w jednej uczelni z pracą w drugiej, konkurencyjnej placówce. Jednakże niezbędnym warunkiem usunięcia wieloetatowości oraz chałturzenia uczonych jest, po pierwsze, wynagrodzenie umożliwiające życie na przyzwoitym poziomie z jednego etatu, a po drugie, powiązanie wysokości tego wynagrodzenia z osiągnięciami naukowymi i dydaktycznymi.
Taki system winien działać na rzecz likwidacji uczelni obliczonych na liczenie kasy przez profesorskich nomadów i zdobywanie dyplomów przez niedouczonych studentów pozbawionych rzeczywistego kontaktu ze środowiskiem naukowym.
Józef Wieczorek, Kraków, Cezary Wójcik, Dallas
| Autor: | klops |
| Data: | 2010.05.05 18:47 |
|
A ja wygrałem konkurs, a i tak zatrudnili kogo innego... he he... |
|
| Autor: | Obserwator |
| Data: | 2009.07.04 12:08 |
|
Na samym początku powiem, że zgadzam się z powyższym artykułem To co się dzieje aktualnie na polskich uniwersytetach jest chore, cały ten system w którym są one zatopione Nie zwraca się uwagi na geniusz i kreatywnośc młodych, dlaczego? Bo bożyszczem na korytarzach polskich uczelni jest profesor, z zasady człowiek, który bywa niedostosowany do nowych dróg nauczania, wytyczania nowych trendów, których możemy tylko pozazdrościc amerykańskim uczonym, uczelniom Moim zdaniem taka hierarchia niszczy potencjał innych- młodszych i zdolniejszych, a tym samym traci na tym polska nauka. Badania polskich profesorów w większości są śmieszne, trzeba to powiedziec głośno Stoją one na dziwnym, nieadekwatnym do tytułu naukowego rzekomego guru nauki- profesora. Bo który profesor zajmuje się dzisiaj badaniami nad rakiem, nad HIV, stwardieniem rozsianym? Bada za to jakieś duperele, na których obawiam się, że nie zbudujemy potęgi polskiej nauki. Nauka w Polsce staje się nieplastyczna, nienowatorska, nieinteresująca, nieambitna, a w wkonsekwencji kiepska. To sparwia że np. polscy uczeni- profesorowie, mogą sobie tylko pomarzyc chociażby o samaj nominacji do Nagrody Nobla. Jest ona dzisiaj nieosiągalna dla polskiego naukowca pracującego na polskiej uczelni. Takie to wszytsko mało ambitne i wątłe Nie stawiamy na młodych, na odważne i ambitne badania, liczy się tylko tytuł i stołek, oczywiście są na pewno wyjątki którym na należy się uznanie, ale wyjątki nic nie mogą zmienic, ze wzglądeu na systemy panujące na polskich uczelniach. To błędne koło. Polska nauka potzrebuje ISTNEJ REWOLUCJI, aby zaistniec poza granicami, byc może nigdy tak nie będzie? Tylko płakac I wiecie co? To pewnie dlatego będę się starał o przyjęcie na stuida doktoranckie do Stendfort Uniwersity, albo Cambridge Uniwersity bo nie chcę, aby ktoś mnie blokował i abym ja się marnował np przy badaniach nad stresem roślinnym heh zamiast nad jakimiś ambitnymi badaniami nad nowotworami czy wirusami... |
|
| Autor: | doktor bez etatu |
| Data: | 2009.06.17 19:43 |
|
Zgadzam się z tezami artykułu i większością komentarzy. Na podstawie obserwacji swojego środowiska dodać muszę, że etaty są również blokowane przez pracujących emerytów (niektórzy na dwóch etatach) i dawnych komunistów, absolwentów studiów politycznych przy Komitecie Centralnym PZPR. Znam takie przypadki. |
|
| Autor: | t35t |
| Data: | 2008.11.06 03:39 |
|
c156t a http://musicnation.com/user/sasufaga57/view/blog /a a http://musicnation.com/user/kylezofi32/view/blog /a a http://musicnation.com/user/gaqidahu26/view/blog /a a http://musicnation.com/user/kuqofynu65/view/blog /a akon ringtone - http://musicnation.com/user/sasufaga57/view/blog alan jackson good time ringtones - http://musicnation.com/user/kylezofi32/view/blog |
|
| Autor: | Polska rzeczywistość |
| Data: | 2008.02.08 21:52 |
|
Ja się starałem o stanowisko adiunkta mając w dorobku wiecej publikacji za 2007 r. od 10 ludzi pracujących w Katedrze Uniwersytetu. No i odpowiedź była taka, że wszędzie znajdę pracę z moim dorobkiem. |
|
| Autor: | t23t |
| Data: | 2007.11.29 04:52 |
|
c840t a http://blog.360.yahoo.com/blog-Rh.mauc8cqEzD4O8EnoA6BL.tBLMzDk- /a a http://blog.360.yahoo.com/blog-Rh.mauc8cqEzD4O8EnoA6BL.tBLMzDk-?cq 1 |
|
| Autor: | Nastasia Griet |
| Data: | 2007.06.21 00:46 |
|
Ne v dengah ne v muzejnoj pyl. Nastasia Griet. |
|
| Autor: | Zawiedziona |
| Data: | 2007.04.15 23:43 |
|
Widzę, że jest nas więcej wyrolowanych doktorów :(Obroniłam się 3 lata temu i nic, nie udało mi się zahaczyć na uczelni, właściwie nie wiem czemu, podejrzewam, że tylko dlatego, że jestem kobietą. W moim "macierzystym" zakładzie nie ma kobiet. Kobiety, które obroniły doktorat to tylko 8 punktów, bezimiennych, nic nie znaczących. Po obronie, wylotka. To dlaczego były obiecanki rektorskie, że młoda kadra naukowa znajdzie zatrudnienie? Uczelnie produkują doktorów, bo to się stało modne i wygodne, bo mają białych murzynów do odwalania czarnej roboty. Mało tego, nie wszyscy mają stypendia, bo "góra" ma dziwne kryteria ich przyznawania, więc nawet zdarzają się naiwni wolontariusze, myślący, że zostaną zatrudnieni. A to, że ich nie zatrudniają, to nic znaczący, mały szczegół. Póki stołki będzie zajmować stara gwardia, która nie dopuści świeżych umysłów, to się nic nie zmieni. Konkursy jeśli się odbywają, to rozpisywane są pod "swoich" i tu nie ma znaczenia wiedza, zaangażowanie czy umiejętności. Wystarczy tylko, że tatuś lub mamusia są dziekanem czy nawet rektorem i pracka jest. Ktoś przede mną pisał, że jak nie ma się pleców, to zero szans na powodzenie. Zgadzam się z tym w zupełności. Coś trzeba z tym zrobić. Nie wiem, czy jest wiek ograniczający przyjęcie na uczelnię, będę cierpliwie czekać. Mam dopiero 30 lat, może się uda? a może czas się poddać? Pozdrawiam wszystkich bezrobotnych doktorów. Zjednoczmy się, bo w grupie siła!! |
|
| Autor: | Bezrobotna doktor |
| Data: | 2007.02.01 19:24 |
|
Kończąc studia doktoranckie łudziłam się, że uda mi się |
|
| Autor: | dr niepokorny |
| Data: | 2006.10.22 14:11 |
|
Zgadzam się z treścią artykułu poniżej. Sam startowałem jako |
|
| Autor: | Marrick Linn |
| Data: | 2006.09.20 21:46 |
|
Congratulations on a great web site. I am a new computer user and finding you was like coming home. Continued success. |
|
| Autor: | doktorantka |
| Data: | 2006.08.29 21:57 |
|
cóż..z niektórymi postulatami się zgadzam z innymi nie. np |
|
| Autor: | 666 |
| Data: | 2006.05.12 14:04 |
|
Mobilnosc w Unii erupoejskiej nie polega na zmianie uczelni z rzeszowa na przemysl. zreszta jak ktos kupuje sobie meiszkanie jeszce w czasie studiow to fakt nie ma szans byc mobilny ale ile osob na to stac? Wiekszosc sie przywiozuje do miejsca i to nie mieszkaniem a ukladami. |
|
| Autor: | FELIX |
| Data: | 2006.05.12 13:15 |
|
Obroniłem doktorat 2 lata temu. Do tej pory nie mam pracy, bo dwóch prof. uczelnianych ma ... uwaga po 700 godzin pensum. Dla mnie nie ma etatu. Ci dwaj osobnicy nie pamiętam kiedy cokolwiek napisali. Ja opublikowałem doktorat, mam recenzje i cytowania za granicą. I kogo to obchodzi. |
|
| Autor: | Emerytowany DOCENT |
| Data: | 2006.05.06 15:06 |
|
W 1968 roku zostałem docentem, obecnie emerytowany. Byłem niemobilny. Wychowałem pokolenia dyplomantów i 2 doktorów, oceniam siebie pozytywnie. Nie widze sensu publikacji filadelfijskich, wzorki przepisywane od dziesięcioleci. Tylko patenty i wdrożenia, projekty i konstrukcje. Zbudować laboratorium dydaktyczne to sukces. |
|
| Autor: | Wojciech Lipiński, www.wlipinski.ps.pl |
| Data: | 2006.04.27 09:36 |
|
Chaotyczna i ukierunkowana negująco dyskusja jest stratą czasu. Uwzględniając jednak duże znaczenie problemu mobilności i oceny nauczyciela zdecydowałem się na zabranie głosu. Habilitację obroniłem w wieku 32 lat, tytuł profesora otrzymałem w wieku 39 lat. Byłem niemobilny, tylko Uczelnia od rana do nocy, jednopokojowe mieszkanko 20m2, dwa miejsca do nauki: biureczko w kącie i blat pralki w WC. Dwa wyjazdy zagraniczne, aktywne poszukiwania dodatkowej pracy poza Uczelnią pozwoliły znacząco poprawić moją sytuację. Starszy syn aktualnie w pięć lat po studiach zbudował dom wolnostojący, młodszy uczy się intensywnie medycyny, będzie ubogim lekarzem. Niestety problemy Polski nie wzbudzają jego emocji, telewizja anglojęzyczna dominuje. Też planuje być mobilnym. Uważam, że każdy nauczyciel akademicki powinien prowadzić stronę internetową, podana informacja to wykaz publikacji, praca dydaktyczno-naukowa, inna aktywność. Umożliwi to ocenę przeszłości: awansował dzięki publikacjom w wiodących czasopismach czy za poprawność polityczną. Moja strona www.wlipinski.ps.pl jest dodatkowo uzupełnieniem do wykładów i dyplomów. Niemobilni skazani są przy obecnych uwarunkowaniach na klęskę. Obecnie mam 61 lat, mobilność pewnie zmaleje. |
|
| Autor: | Młody doktor |
| Data: | 2006.04.24 17:01 |
|
Postulat: Likwidacja stopnia doktora, wprowadzenie 5- letnich uprawnień doktorskich. Uzasadnienie: Stopień naukowy doktora przy masowym kształceniu uległ degradacji. Liczne przypadki doktorów mechaniki próbujących wymienić koło lub świecę w samochodzie, elektroników nie znających zasady działania radia, o naprawie nie wspominając, rolników którzy wioski widzieli tylko przez okno samochodu, ..., ekonomista który nie rozumie praw popytu i inflacji, ... Rozwiązanie: Ustalić kryteria – opracowane patenty i granty, publikacje krajowe i filadelfijskie, podręcznik lub opublikowane wykłady. Kryteria dla danej dyscypliny naukowej. Następnie urzędnik MEN wprowadza dane do programu komputerowego. Wynik: Tak lub nie dla uprawnień doktorskich (firmowanie kierunku, stanowisko adiunkta lub profesora jak Uczelnia zatrudni), proponuję 5 lat. |
|
| Autor: | Rogaty Docent |
| Data: | 2006.04.24 08:43 |
|
Książeczki profesorskie, skrypty uczelniane z udziwnioną dydaktyką i brakiem odpowiedniej do dziedziny trści naukowo- konstruktorskiej. Koszty duże, zysk zerowy. |
|
| Autor: | kolec |
| Data: | 2006.04.06 17:04 |
|
Nauka polska to dno. Decydują znajomości i nic więcej. Zawsze marzyłem o karierze naukowej (pieniądze są dla mnie sprawą drugorzędną), byłem najlepszym studentem na roku, niestety nie miałem szans na etat więc zrezygnowałem z pisania doktoratu. Po jakims czasie dowiedziałem się, że doktorat pisze (i ma etat asystencki) córka pani profesor z mojego wydziału. Nie ubliżając dziewczynie nie będzie z niej dobrego naukowca. I tak wygląda nauka polska. Nie dziwie się, że nie istnieje ona w świecie, nie ma cytowań polskich osiągnięć itp. Nauka w sensie tworzenia i odkrywania w Polsce właściwie nie istnieje. To co jest to jakieś działania pozorne. |
|
| Autor: | Dziekan |
| Data: | 2006.03.19 14:01 |
|
Postkomunistyczny 75 letni profesor nie jest mobilny, filadelfijskich czasopism nie poznał. |
|
| Autor: | Inżynier docent |
| Data: | 2006.03.19 13:51 |
|
Potwierdzam brak korelacji w Naukach Technicznych z realnym światem produkcji i technologii. Badacze naciągają skrajnie równania różniczkowe do techniki. |
|
| Autor: | Patentowy |
| Data: | 2006.03.17 22:55 |
|
Profesorowie Nauk Technicznych badają całkowo-różniczkowo. Modele matematyczne o zerowej korelacji z przemysłem i praktyką. Pole EM i organizmy żywe, chaos totalny, wzorów rekordowyo długich wiele. |
|
| Autor: | Wydział Chemii |
| Data: | 2006.03.14 13:00 |
|
Jest 4 studentów na nauczyciela, promowanych w 2006 będzie 13 doktorów, studiów niestacjonarnych na Wydziale Chemii brak. Produkujemy ponad 70 publikacji filadelfijskich rocznie, brak patentów. Tylko działalność statutowa z podatków, związek z przemysłem zgasnął. Etaty są poblokowane. |
|
| Autor: | Ankietowiec |
| Data: | 2006.03.13 11:12 |
|
Bardzo interesujace to forum... Jestem mlodym naukowcem i pracuje nad ruchliwoscia miedzynarodowa mlodych Polakow, wiec korzystam z okazji: poszukuje chetnych (mlodych miedzy 18 a 25 rokiem zycia mieszkajacych aktualnie w Polsce) do wypelnienia ankiety, ktora znajdziecie na stronie: http://vdelbart1.free.fr Jest ona dosc spora ale sie nie zniechecajcie, kazda odpowiedz jest dla mnie cenna... Z gory dziekuje A co do dyskusji... to we Francji sa takie same problemy jesli chodzi o prace dla mlodych i zdolnych doktorantow... |
|
| Autor: | Stanowisko profesora po doktoracie |
| Data: | 2006.03.12 21:44 |
|
Stanowiska profesorów będą po doktoracie po znajomości i układach |
|
| Autor: | Poziom doktoratów różny, wolne etaty - mało |
| Data: | 2006.03.12 21:42 |
|
Są doktoraty celujące, dużo jest jednak na poziomie pracy magisterskiej. Obecnym kryterium przy zatrudnianiu młodego doktora są znajomości, etaty są totalnie zablokowane. |
|
| Autor: | Marek Wronski |
| Data: | 2006.03.10 17:30 |
|
LITERATURA ma rozne znaczenie; tutaj rozumiem ze chodzi o kosztowne Proceedings oraz ksiazki, a nie o odbitki artykulow z czasopism naukowych. |
|
| Autor: | Józef Wieczorek |
| Data: | 2006.03.08 19:31 |
|
Do doktoranta. Nie narzekajcie na brak literatury. Mozna ja w lwiej częsci zdobyc od autorów. To teraz nawet tańsze niz kiedys bo mozna przesłać e-mailem w pdf. i nie trzeba miec setek pudeł na tysiące odbitek. A ponadto kontakt e-mailem nie razi innych. Gdy inni widzieli ile poczty z zagranicy przechodzi do dr to trzeba było z dr skonczyć. Teraz myszy to jedzą i wszyscy są wreszcie zadowoleni. Kiedyś na ksiązke z zachodu trzeba było wydać i pół pensji dr i czasem to się robiło. Teraz relacje sa całkiem inne bo to co najwyżej 10-20 pensji. Zresztą kto teraz czyta zagraniczne ksiązki ? Nawet niezbyt stare ksiazki po angielsku za marne grosze ( kilka procent wartości) nie pójdą w antykwariacie. Zresztą po co czytać skoro to może bardzo zdenerwować przyłozonych? |
|
| Autor: | Habilitant |
| Data: | 2006.03.06 12:15 |
|
Postkomunistyczni profesorowie emeryci blokują etaty. Staruszkowie po 70-tce. |
|
| Autor: | doktorant |
| Data: | 2006.03.02 16:33 |
|
Zgadzam się z tezami zawartymi w artykule. Mozna mieć nadzieję, że jawność recenzji oraz konkursów na stanowiska zmniejszy patologię. Choć z drugiej strony i tak ci, którzy znają daną dziedzinę wiedzą, czyje prace są wartościowe a czyje mierne (lub przepisane), ale głośno sie o tym nie mówi. Jałmuzna oferowana doktorantowi wystarczy na dwie, może trzy ksiązki w obcym jezyku, które, jesli chce być na bieżąco, powinien przeczytać. Jak możemy konkurowac z doktorantami z USA czy Zachodniej Europy, skoro nie mamy nawet dostępu do literatury, bo biblioteka nie ma pieniędzy. Pisanie doktoratu to bardzo drogie hobby. Tylko taki sposób podejscia do rzeczy pozwala mi zakończyć to, co rozpoczęłam. Ze smutkiem patrzę w przyszłość. Pewnie za rok bedę myła kufle w londyńskim pubie... |
|
| Autor: | Prawnik |
| Data: | 2006.02.16 18:35 |
|
Afiliacja uprawnień przez 75 latków profesorów jest humorystyczna |
|
| Autor: | Teskniaca za ojczyzna. |
| Data: | 2006.02.06 23:20 |
|
Kochani Mala poprawke do artykulu Nomadyzm Niemobilnych. w USA 17 lat, znam realia. Profesor w universytecie ma stala prace, dozywotnia. Jest to jedyna stala praca w Ameryce. Profesorowie zobowiazani sa do uczenia studentow, i aby zagwarantowac im wolnosc wypowiedzi, rzad zapewnia im dozywotnie posady. Na ich publikacje pracuja doktoranci i emigranci z calego swiata. Uklady i koneksje tutaj tez obowiazuja. Wszedzie to samo. Nie narzekajcie, jestescie chociaz u siebie. Pozdrowienia dla rodakow. |
|
| Autor: | silvergemart hotmail.com |
| Data: | 2006.02.06 23:18 |
|
Kochani Mala poprawke do artykulu Nomadyzm Niemobilnych. w USA 17 lat, znam realia. Profesor w universytecie ma stala prace, dozywotnia. Jest to jedyna stala praca w Ameryce. Profesorowie zobowiazani sa do uczenia studentow, i aby zagwarantowac im wolnosc wypowiedzi, rzad zapewnia im dozywotnie posady. Na ich publikacje pracuja doktoranci i emigranci z calego swiata. Uklady i koneksje tutaj tez obowiazuja. Wszedzie to samo. Nie narzekajcie, jestescie chociaz u siebie. Pozdrowienia dla rodakow. " serce w rozterce" |
|
| Autor: | Tytuł Profesora |
| Data: | 2006.01.27 19:25 |
|
Decydują układziki, brak porównania kandydatów w danej dziedzinie, przkładowo Fizyka |
|
| Autor: | Praktyczny |
| Data: | 2006.01.18 20:29 |
|
Zatrudnienie na kontrakty 5-letnie na stanowisku profesora. Obecnie Tytuł Profesora zależy od protekcji dominującego Profesora dyscypliny, najczęściej staruszka. Stosunki feudalne w danej dyscyplinie nauki, brak konkursu przy porónaniu wyników.Studentów coraz mniej,profesorów nadmiar. Brak asystentów. |
|
| Autor: | Praktyczny |
| Data: | 2006.01.18 20:29 |
|
Zatrudnienie na kontrakty 5-letnie na stanowisku profesora. Obecnie Tytuł Profesora zależy od protekcji dominującego Profesora dyscypliny, najczęściej staruszka. Stosunki feudalne w danej dyscyplinie nauki, brak konkursu przy porónaniu wyników.Studentów coraz mniej,profesorów nadmiar. Brak asystentów. |
|
| Autor: | Emeryt profesor |
| Data: | 2006.01.18 09:54 |
|
Słaby matematyk zdobywa habilitację i TYTUŁ w dyscyplinie Automatyka, słaby Automatyk szuka sukcesów e dyscyplinie Elektrotechnika. Dodatkowo decydują powiązania osobiste w komisjach centralnych. |
|
| Autor: | Kryteria i staruszkowie decydenci |
| Data: | 2006.01.17 16:19 |
|
Profesorowie po 75-ce decydują w danej dyscyplinie o wszystkim. Jest najczęściej 2-4 Wielkich. Oceniają nierówno, bez kryteriów, o habilitacjach i tytułach. Recenzje Wielkich są decydujące. |
|
| Autor: | Kryteria i staruszkowie decydenci |
| Data: | 2006.01.17 16:19 |
|
Profesorowie po 75-ce decydują w danej dyscyplinie o wszystkim. Jest najczęściej 2-4 Wielkich. Oceniają nierówno, bez kryteriów, o habilitacjach i tytułach. Recenzje Wielkich są decydujące. |
|
| Autor: | Anka - doktorantka |
| Data: | 2005.12.04 16:39 |
|
Prosze Panstwa Tresc artykulu jest dla mnie szokujaca. Obecnie pracuje za granica nad doktoratem. Po jego ukonczeniu chce wrocic do Polski, tego jestem pewna. Jednakze akrtykul tylko potwerdza moj lek o swoja przyszlosc, o prace, ktorej najprawdopodobniej nie znajde wcale albo z wielkim trudnosciami. Duzo soe mowi o poziomie doktoratow......mysle, za kazdy doktorat robiony za granica jest lepszy od najlepszego w Polsce.....przepraszam za ostre slowa, ale mialam moznosc przyjrzec sie temu jak wyglada peomowanie doktorantow na jednej z polskich uczelni. Doktorat o zerowym poziomie, nic nie wnoszace byly podstawa do przyjmowania swiezego doktora od razu na stanowisko adiunkta...... Co ja mam robic? Juz trace nadzieje ze po powrocie do Polski znajde prace w nauce..... Prosba do Pani Ewa Kostarczyk.....wiem ze Pani wi le przeszla w realich polskiej nauki, czytalam kiedys gdzies Pani artykul. Jak sie ulozyly Pani losy? Czy w koncu odnalazla sie Pani w trudnej polskiej rzeczywistosci naukowej? |
|
| Autor: | Krzysztof Hoffmann |
| Data: | 2005.08.09 17:05 |
|
Urynkowienie sektora nauki w Polsce? Zgoda, ale najpierw potrzebna jest powazna zmiana mentalnosci decydentow, zwlaszcza politykow, ale takze samej profesury. Bycie profesorem to nie dopust Bozy, ale wielka odpowiedzialnosc, tworcza, a nie odtworcza, praca i nieustanne poddawanie wynikow pod ocene niezaleznych, zewnetrznych audytorow (w tym czytelnikow miedzynarodowych czasopism). Tu trzeba postawic na mlodosc, na dynamizm, na pomyslowosc, na nowe idee. Zawracanie glowy zmudnym, nudnym i klopotliwym procederem habilitacyjnym sluzy chyba wylacznie manipulacji ukladami uczelnianymi. Na pewno nie naukowemu rozwojowi, ktory toczy sie niejako obok i niezaleznie od tej watpliwej jakosci procedury. Potrzeba maksymalnego uproszczenia procedur oceny dorobku. Ale i uczciwosci i konsekwencji. Potrzeba tez, aby uczelnie maily swobode zatrudniania i zwalniania swoich profesorow - to jedyny sposob, aby zmoblilizowac rozleniwiona profesure do rzetelnego wywiazywania sie ze swoich obowiazkow i do likwidacji zalewu SLABYCH HABILITACJI Tymczasem doczekalismy sie uchwalenia Ustawy z zalozenia konserwatywnej i cofajacej polska nauke jeszcze bardziej. To bedzie widoczne jeszcze lepiej za kilka lat. |
|
| Autor: | Tadeusz Pyrcioch |
| Data: | 2005.07.30 23:00 |
|
URYNKOWIĆ SYSTEM AKADEMICKI Gratuluję znakomitego tekstu. Polecam mój komentarz pt. "Obniżyć entropię nauki" do art. wiceministra T. Szulca (w tym samym numerze). Postuluję w nim nieco filozoficznie, odwołując się miejscami dygresyjnie do teorii samoorganizacji struktur, podobne rozwiązania (nie czytałem wcześniej Waszego artykułu). By osiągnąć nasze postulaty musimy napierać na polityków. Wśród nich jest wielu profesorów tzw. nauk społecznych, zawdzięczających kariery profesorskie wyłącznie układom centralnym. Przy urynkowieniu systemu akademickiego w Polsce, m. in. zniesieniu ingerencji Państwa w tytuły i habilitacje, zostaliby oni wymieceni przez młodych zapaleńców naukowych w ciągu jednego semestru. Habilitacja nie powinna być sowieckim stopniem, a doktorat powinien po obronie podlegać kwarantannie (3 miesiące - jak przed sowietyzacją nauki za wczesnego Gierka). Urynkowienie systemu akademickiego zlikwidowałoby w znacznym stopniu rozpasaną korupcję wśród akademickiej kadry. Sitwy zostałyby rozbite przez konkursy i ruchliwość pracowników nauki. Liczba profesorów by zmalała (zniknęłaby pseudo-profesura). Pojawiłyby się wdrożenia dostarczające zdrowego kapitału do nauki. Pojawiliby się znów asystenci (są katedry z samą profesurą). Zniknęłyby niepotrzebne nikomu kierunki kształcące bezrobotnych - utrzymujące się tylko dlatego, że mają dużą liczbę ustosunkowanych i tzw. samodzielnych pracowników nauki. To właśnie te kierunki powinny być zamykane, bo tam jest nadmiar ponoć wysokokwalifikowanych kadr akademickich. Otwierane natomiast powinny być te kierunki, w których wysokokwalifikowanych kadr jest niedobór - gdzie brak profesorów. Rynek akademicki tak by właśnie działał. W obecnym tzw. punktowym systemie akademickim nakazowo- rozdzielczym jest dokładnie odwrotnie. Przypomina to sytuację sprzed reformy gospodarczej w 1989 roku, kiedy to fabryki produkowały "na półkę", bo tak wynikało z narodowych wskaźników i planów, a w sklepach był do nabycia tylko przysłowiowy ocet. Dziś też nie ma dobrego towaru akademickiego, jest natomiast nadmiar absolwentów z dyplomami, którzy wiedzą tylko, że studiowali, ale już nie zawsze co? Wraz z urynkowieniem polskiego systemu akademickiego spadłyby koszty kształcenia i wzrosły płace tych, którzy byliby się w stanie utrzymać w nauce. Wystarczyłoby na życie zatrudnienie w jednej uczelni, gdzie można by zarobić dużo, bo nikt nie byłby zainteresowany kolekcjonowaniem punktów za liczbę profesorów i spisanej przez nich makulatury, której jedynym czytelnikiem bywa sam autor - pod warunkiem, że nie kompiluje plagiatów i autoplagiatów. Nie wydawałoby się pieniędzy na zbędną biurokrację zatrudnianą do bełkotliwej sprawozdawczości. Energia ludzka wykorzystywana byłaby do kreowania wspólnego dobrobytu. Zbliżają się wybory. Należy wywierać presję na kandydatów, by popierali urynkowienie nauki. Sanacja moralna nauki i edukacji, wpłynie na odnowę moralną całego społeczeństwa - bo to w szkołach i uniwersytetach młodzież uczy się oszukiwać biorąc wzorce z akademickich karierowiczów. Młody człowiek uczy się najwięcej przez przykład, a nie werbalną sofistykę. Obserwując kariery "dobrze ustawionych" nieudaczników młodzi ludzie powielają te wzorce w swojej pracy zawodowej. Kiedyś myślałem, że natura dzieli po równo, i że wśród profesorów jest podobny procent durniów jak i wśród studentów, ale od kilkunastu lat obserwuję, że im wyżej tym więcej durniów, gdyż selekcja negatywna narasta wraz z poziomem kształcenia. Student udaje, że umie - profesor udaje, że w to wierzy. Obydwaj nie mają potem problemów. Przymykanie oczu na ściąganie faworyzuje cwaniaków, kosztem uczciwych, zdolnych i pracowitych. Ten mechanizm reprodukuje się i mutuje jak wirusy, multiplikując się w górę wraz poziomem kształcenia - rodzi przyszłych plagiatorów i to nie tylko w nauce. Stąd im niżej, tym uczciwsze i genialniejsze dzieci. Sprawdza się powiedzenie, że wszyscy jesteśmy geniuszami nim zaczniemy chodzić do szkoły. Wśród profesorskiej kadry obserwuje się funkcjonalny analfabetyzm. Jeśli nie urynkowimy naszego systemu akademickiego trzeba będzie wkrótce wprowadzić zewnętrzne egzaminy dyplomowe - podobnie jak matury. Ale najlepiej i najtaniej będzie można to zrobić tylko przez firmy prywatne. Tadeusz Pyrcioch |
|
| Autor: | Krzysztof Hoffmann |
| Data: | 2005.07.21 17:13 |
|
Szanowny Panie Redaktorze Najmocniej przepraszam za przekrecenie Panskiego nazwiska. To przez roztargnienie. Mam nadzieje, ze mi Pan ten blad wybaczy. Panskie stwierdzenie o osobach nie chcacych niczego zmieniac albo bedacych przeciwnikami wszelkich zmian, nawet takich polowicznych, jak proponowana ustawa, odebralem jako krytyke wszystkich tych, ktorzy zdecydowanie i jednoznacznie wystepuja przeciwko zapisom "nowej" ustawy. Przyjmuje Panskie wyjasnienia, ale nie ciesze sie wcale z tego, co w ustawie sie proponuje poniewaz zmiany nie sa dostatecznie radykalne, a jedynie kosmetyczne. Nie od dzis wiadomo, ze budzet Stanford University jest dwukrotnie wiekszy od budzetu Max-Planck Institut. A jednak wielu wybitnych uczonych rezygnuje ze swoich doskonale wyposazonych laboratoriow w USA i przenosi sie do Niemiec, gdzie pensje sa "panstwowe", nieporownywalnie mniejsze niz w USA. Dlaczego tak sie dzieje? Co takiego oferuja Niemcy, ze uczeni tej miary co Schoelze (stem cell research) wynosza sie do Lipska czy Drezna? Odpowiedz brzmi: WOLNOSC. Pewnosc, ze nawet jezeli z takich czy innych powodow nie uda sie otrzymac przelomowych wynikow, to jest tu znacznie wieksza szansa na stworzenie nowego kierunku badan przy znacznie mniej formalnych wymaganiach i mimo wszystko mniejszej biurokracji niz amerykanska (przynajmniej w Max Planck Institut). Szefami zespolow badawczych zostaja dzis bardzo mlodzi ludzie, nawet w wieku 30 lat. MLODOSC jest ta cecha, ktora w nauce zachodniej widac najwyrazniej. Tylko mlody czlowiek potrafi z pasja siedziec przez pol nocy w laboratorium z wypiekami na twarzy oczekujac wyniku eksperymentu. Tylko mlody czlowiek, nie wiedzac, ze cos jest niemozliwe, dokonuje przelomu w tej niemozliwosci. Goszczacy niedawno w Poznaniu wybitny polski matematyk Benoit Mandelbrot zdobyl sobie sympatie publicznosci przysluchujacej sie jego wykladowi stwierdzeniem, ze nauka nie jest demokratyczna (to znaczy, ze postep dokonuje sie dzieki przeblyskowi olsnienia, bez wzgledu na to ile kto dostaje pieniedzy na badania i bez wzgledu na to, czy ktos sie habilitowal czy nie). Dobra ilustracja tego stwierdzenia moglaby byc kariera Banacha (nie mial doktoratu, gdy zostal profesorem, o ile sie nie myle), Einsteina (ze szczebla urzednika doszedl do godnosci profesora Uniwersytetu w Princeton), Edisona (ktory nigdy nie odebral formalnego wyksztalcenia, o habilitacji nie wspominajac, a mimo to chyba dotad nie urodzil sie czlowiek bardziej tworczy, pomyslowy i produktywny anizeli on) czy Constantin Noica, filozof zakatowany przez Securitas, tworca rumunskiej szkoly filozoficznej (oczywiscie podziemnej, oczywiscie nielegalnej, oczywiscie bez grosza grantu). Zestawienie tych trzech obrazow: wolnosci, jakiej potrzebuja uczeni, aby sie rozwijac, a przez to rozwijac nauke, mlodosci, aby nie zawahac sie zaatakowac dogmatow i zastanych ukladow oraz potrzeba madrego, finansowego i administracyjnego wspierania tych kierunkow, gdzie powstaja konkretne i wybitne wyniki, nawet ze zlamaniem wszelkich norm administracyjnych (jak to bylo w przypadku Banacha) wyznacza, moim zdaniem, cechy, prawdziwie radykalnej reformy badan naukowych, na ktora w Polsce czekamy. Nie ma w niej miejsca na scentralizowana habilitacje zbyt obciazona ukladami. |
|
| Autor: | Andrzej Świć |
| Data: | 2005.07.21 12:44 |
|
Do Pana Dr Krzysztoa Hoffmana Szanowny Panie Doktorze, Po pierwsze redaktor Andrzej Świć pisze we wstepniaku do lipcowego numeru ... Po drugie mylnie Pan odczytał ten podział na grupy przeciwników nowej ustawy. Ci, którzy "reprezentują myślenie destrukcyjne" to zupełnie inna grupa i niż ci, którzy "argumentuja za poparciem tezy o pilnej koniecznosci zniesienia habilitacyjnej fikcji oraz przeprowadzenie naprawde radykalnej reformy". Po trzecie wreszcie mam wrażenie, że jesteśmy potej samej stronie - to, że ustawa utrzymuje "wiele rozwiązań zastanych", czyli dotychczasowy model kariery, a nie wprowadza otwartych konkursów na stanowiska uważam za jej wadę i to napisałem. I tu się chyba zgadzamy. Andrzej Świć |
|
| Autor: | Krzysztof Hoffmann |
| Data: | 2005.07.20 11:52 |
|
Redaktor Adam Cwis pisze we wstepniaku do lipcowego numeru FA: "Od nowego roku akademickiego zacznie obowiązywać nowe prawo o szkolnictwie wyższym. Ma ono zwolenników, ale i wielu przeciwników i krytyków. Mam wrażenie, że ci drudzy w większości wywodzą się z grona osób, którzy w każdej sprawie są w stanie być przeciw, bądź tych, którzy najchętniej utrzymaliby status quo i nic nie zmieniali, bo zmiana narusza ich interesy. Nie oznacza to, że ustawa jest idealna - utrzymuje wiele rozwiązań zastanych, na przykład ścieżkę awansu opartą na profesurze potwierdzanej przez państwo, a nie konkursy wyłaniające najlepszych." Uwaznie sledzac przebieg dyskusji, momentami bardzo zywiolowej i zawierajacej szereg cennych spostrzezen nigdy nie odwazylbym sie napisac, ze spora, moze nawet wiekszosciowa grupa dyskutantow reprezentuje myslenie destrukcyjne i nie ma zadnych racjonalnych argumentow na poparcie tezy o pilnej koniecznosci zniesienia habilitacyjnej fikcji oraz przeprowadzenie naprawde radykalnej reformy do zwalniania ze stanowisk najslabszych profesorow wlacznie. Dyskusja w tej sprawie sprowadza sie glownie do rozstzrygniecia, czy lepiej dla nauki w Polsce jest pozostawac w zascianku, w uzaleznieniu od ukladow i znajomosci (ktore doskonale wpisuja sie w procedure habilitacyjna i warunkuja jej przebieg), czy tez oprzec system na fundamentalnych wartosciach prawdy, sprawiedliwej i obiektywnej oceny osiagniec zawodowych oraz prostych, czytelnych regulach (slaby odchodzi, robiac miejsce dla zdolniejszego). Tak tez ksztaltowala sie dyskusja nad zakresem reform. Nie przez przypadek do finalu wszedl tylko zachowawczy projekt prezydencki, ktory utrwala status quo, gwarantuje lobby profesorskiemu nietykalnosc swietej krowy, potwierdzona prezydenckim dozywociem. Bo tak naprawde wlasnie o to idzie caly czas, aby w polskim zyciu naukowym nic sie nie zmienilo (kompromisy ustawy to gwarantuja, stwarzajac jednoczesnie pozory, ze cos w sprawie drgnelo), aby dalej mozna bylo manipulowac ludzmi i pieniedzmi, nie przejmujac sie zadnymi regulami sprawiedliwosci i uczciwosci. Kto ma dzis w tej wielkiej dyskusji racje, okaze sie juz niebawem, gdy spoleczenstwu przyjdzie placic kolejna wysoka cene zaprzepaszczonych szans. Dzisiejsi zwolennicy habilitacji beda wtedy juz na "zasluzonych" emeryturach i zapewne stana w pierwszym szeregu niezadowolonych reformatorow. Linia podzialu biegnie pomiedzy tymi, ktorzy sa za prostota, uczciwoscia i wzglednie obiektywna ocena, a tymi, w ktorych interesie lezy utrzymanie fikcji, ukladow i manipulacji. |
|
| Autor: | Profesor PW |
| Data: | 2005.06.02 22:30 |
|
Niestety żyjemy w okresie chyba jakiegos upadku na przełomie wieków. Luminarze polskiej nauki, profesorowie chyba nie tylko nigdy nie powinni zajmowac się nauką, ale maja na bakier z elementarnymi normami etyki. Korupcja "kolesiostwo", układy to droga do sukcesu naukowego, sprawna i skuteczna. Jestem dr hab, profesorem i powiem szczerze, nie mam zadnej satysfakcji. Wstydzę się srodwiska , w którym sie znalazłem. To nie ma nic wspolnego z nauką.Króluje miernota, ci zdolni sa skutecznie tępieni. Słowem polskie piekło |
|
| Autor: | poranto |
| Data: | 2005.05.22 12:55 |
|
Podobało mi się w USA to, ze stanowymi uniwersytetami zarządzają ludzie "nadzieleni" przez system polityczny, rządzącej parti, menager nie jest wybierany przez społeczność uniwersytecką, jst fachowcem od zarządzania, a opozycja polityczna kontroluje jego poczynania.Amerykański Uniwersytet jest instytucją zbyt poważną by mogli nim zarządzać dyletanci z pseudo demokratycznego wyboru. My na zarządzających wybieramy "naukowców", kompletnych ignorantów, (im większa fajtłapa tym lepiej), a potem już wszystko jasne. Życzę powodzenia w feformowaniu, choć dyskusja interesująca. |
|
| Autor: | Wiaczesaw Profesor Flaszka zwyczajny |
| Data: | 2005.04.27 16:55 |
|
Mobilność - Polska i Ameryka. Dwie sprawy: 1) Ameryka jest jakieś 50 razy większa od Polski 2) na terenie 50 razy większym od Polski znajduję się 468 razy więcej uczelni niż w Polsce W Ameryce mobilność to faktycznie jest na rzeczy. W Polsce - 468 razy rozwiązaniem mniej ciekawym. PS. Nie jestem pracownikiem żadnej uczelni. Ale gdybym był, zmuszenie mnie do wyjazdu na stałe z Poznania np. do jakiejś jeszcze podlejszej dziury z wyższą uczelnią po to by objąć intratny etat adiunkta za 1370 zł netto (oczywiście z zakazem podjęcia drugiego etatu, bo "to przeciez nieetyczne") byłoby rónoznaczne z porzuceniem przeze mnie tego zawodu. Gwoli ścisłości, w Polsce nie istnieją wybory jak w Ameryce "Harvard, albo MIT? UCLA, czy Stanford, a moze Maryland" - nie zauważył Pan? |
|
| Autor: | Autorowi się coś chyba pozajączkowało.... |
| Data: | 2005.04.27 16:52 |
|
Mobilność - Polska i Ameryka. Dwie sprawy: 1) Ameryka jest jakieś 50 razy większa od Polski 2) na terenie 50 razy większym od Polski znajduję się 468 razy więcej uczelni niż w Polsce W Ameryce mobilność to faktycznie jest na rzeczy. W Polsce - 468 razy rozwiązaniem mniej ciekawym. PS. Nie jestem pracownikiem żadnej uczelni. Ale gdybym był, zmuszenie mnie do wyjazdu na stałe z Poznania np. do jakiejś jeszcze podlejszej dziury z wyższą uczelnią po to by objąć intratny etat adiunkta za 1370 zł netto (oczywiście z zakazem podjęcia drugiego etatu, bo "to przeciez nieetyczne") byłoby rónoznaczne z porzuceniem przeze mnie tego zawodu. Gwoli ścisłości, w Polsce nie istnieją wybory jak w Ameryce "Harvard, albo MIT? UCLA, czy Stanford, a moze Maryland" - nie zauważył Pan? |
|
| Autor: | KZR |
| Data: | 2005.01.13 17:52 |
|
Chyba nikt w tej dyskusji nie podniósł arcyważnej kwestii demoralizowania przez obecny system osób kształcących się i uzyskujących dyplom.Polskie uczelnie stały się fabrykami produkującymi magistrów. Uczelnie przyjmują studentów ile mogą, żeby mieć pieniądze.Spotkałem osoby pracujące w zachodniej metropolii i studiujące na dwóch kierunkach w "prestiżowych" polskich uczelniach. Na moje pytanie, jak to jest możliwe, usłyszałem: "Wszystko jest możliwe, proszę pana". Prace magisterskie piszą tępaki, nie potrafiący, proszę mi wierzyć, sklecić kilku poprawnych gramatycznie zdań po polsku.Kandydat na magistra pisze "w-tedy" i "dla- czego", ba zaczepnie dyskutuje, że właściwie nie są to błędy. Znaczy to jedno, że nie czytał książek od pierwszych klas szkoły podstawowej. Moja żona powiada, że gdyby nasz pies umiał mówić, przewyższyłby ntelektualnie owych "magistrów". Przepisywanie prac zaliczeniowych od innych, ściąganie na egzaminach i "załatwianie" sobie egzaminów jest na porządku dziennym.Prowadzący zajęcia, często profesorowie, "ułatwiają" studia jak się tyko da osobom duchownym. Jest to nie w porządku wobec studentów, którzy naukę traktują poważnie.Najzwyczajniejsze tumany idą torem studiów indywidualnych. Tacy "magistrowie" zaludniają rynek pracy, a gdy pracę otrzymują, grają wyłącze o wyższe stanowisko, większą władzę i pieniądze praca dla ludzi zupełnie ich nie interesuje.Nie mają nawyków pracy intelektualnej, samodzielnie nie napiszą własnego tekstu, dlatego ich stałą strategią jest spryt i perfidia w pasożytowaniu na pracy innych ludzi. Rozochoceni "magistrowie" pytają mnie, jak zrobić doktorat Nie mają za grosz samokrytycyzmu, bo tego nie żądało się od nich. Żeby zapisać jakieś dane w firmowym dokumencie, nie trzeba być magistrem. Żeby dobrze wykonywać czynności zawodowe, wystarczy szkoła pomaturalna, linencjat, nawet jakiś kurs. Studia wyższe powinny być dla ludzi z prymatem poznania. Jeśli ktoś nie lubi czytać książek, nie lubi rozmawiać o problemach i nie uczy się mówić kodem rozwniętym ani pisać, nie rozwija swojej kultury osobistej i nie interesuje go przyzwoitość i uczciwość, nie powinien kończyć studiów wyższych. A czy Państwo zgadną, że u nas nawet profesorowie nie spełniają tych kryteriów? Studenckie kanty są konsekwencją panującego w Polsce postkomnistycznego systemu nauki i szkolnictwa wyższego.Na pierwzym miejscu są władza i pieniądze.Polska nauka i szkolnictwo wyższe należą do bastionów postkomunizmu. Opierają się zmianom całą mocą inteligencji wyćwiczonej w dialektycznych bojach. Autorzy artykułu mówią w oględnych słowach, a przecież wieloetatowość to po prostu odbieranie pracy innym ludziom, bogacenie się czyimś kosztem, też kosztem sudentów, bo trzeba podnosić czesne.Kto wyrośnie z tych studentów? Jakie oni mogą mieć wzory? Mówienie, że wyrosną na jakichś "etosowców", to po prostu wprowadzanie ludzi w błąd. Z moich prywatnych obliczeń wynika, że w ciągu 8-10 lat pracy na kilku uczelniach profesor modnego dziś kierunku może zarobić przeszło milion zł. Tuzy na pewno mają więcej. Czy tacy ludzie mogą być zainteresowani w reformowaniu Polski? |
|
| Autor: | Adam |
| Data: | 2005.01.10 16:51 |
|
Do dyskusji wdarło się jakieś nieporozumienie. Nikt tu nie rozmawia ani o zwierzętach i ich szczekaniu ani o tym czy ktoś w pracy osiąga spełnienie i jest szczęśliwy. Szczęśliwym serdecznie gratuluję i życzę dalszej błogości. Problem w tym, że obecny system nie działa, w tym sensie, że nauka polska ma się źle. I naprawdę nie trzeba się wysilać by to widzieć, nawet jeśli „eco” ma się dobrze. A skoro system się nie sprawdza to co? - trzeba go pozostawić jakim jest? Co się tyczy projektu "Prawo o szkolnictwie wyższym" to należy mu tylko przyklasnąć i mieć nadzieję, że wejdzie w życie. Jest 1000 powodów za, a przeciw nie znam - poza odbezpieczeniem zabezpieczonych. |
|
| Autor: | KZR |
| Data: | 2005.01.08 16:52 |
|
Takiej nauki, jaką reprezentuje osoba podpisująca się "Eco", nie ma sensu naprawiać. Trzeba ją rozbić uderzeniem młota. |
|
| Autor: | eco |
| Data: | 2005.01.08 13:50 |
|
a autorzy tego artykulu sa juz nudni, potrafia tylko "szczekac", bo i tak ich pomysly niegdy nie przejda, nie osiagneli nic w nauce wiec probuje za wszelka cene mieszac i zwalac wine na innych. Gdyby habilitacje zostaly zniesione, pewnie byliby za ich przywroceniem. Takie paple jak oni codzien mozna zobaczyc w telewizji |
|
| Autor: | eco |
| Data: | 2005.01.08 13:46 |
|
ojoj jacy wy wszyscy jestescie biedni i sponiewierani Nia macie na mieszkania, na chleb itd itp. To odejdzie wyjedzcie i zostawcie te miejsca dla ludzi, ktorzy potrafia cieszyc sie nauka, czerpac z tego sile i chec zycia Moja pensja asystenta wynosila na poczatku 600 zl, teraz jako adiunkt mam ponad 2000 (dodatkowo sa granty i godziny nadliczbowe - srednio daje mi to dodatkowe 800 zl) i mi to w zupelnosci wystarcza. Oczywiscie zawsze dobrze byloby miec 5 000 albo 10 000. Ale i tak pewnie byscie narzekali. Mam cudowna prace, jak mam ochote to pracuje po 20 godzin na dobe, jezeli mi sie nie chce moge spac do 12h (chociaz nigdy tego nie robie). Nikt mnie nie rozlicza (moze te glupkowate coroczne ankiety - ale nie mam sie czego bac i wstydzic bo mam wystarczajaca liczbe publikacji rocznie w czasopismach z IF). A w przypadku habilitacji, zrobie ja, jak mi te dziadki odrzuca zrobie druga. |
|
| Autor: | K. Schmidt-Szałowski |
| Data: | 2005.01.05 17:34 |
|
Czy Szanowni Dyskutanci znają już niektóre zasady zawarte w poselskim projekcie ustawy "Prawo o szkolnictwie wyższym", będącym jednym z dwóch dyskutowanych obecnie w Sejmie? 1) Wprowadzenie jawnych, otwartych konkursów na stanowiska profesorów. 2) Publikowanie w internecie treści rozpraw doktorskich razem z ich r e c e n z j a m i. 3) Zniesienie stopnia doktora habilitowanego. I dlatego projekt ten ma tylu przeciwników, głównie wśród profesorów. |
|
| Autor: | Robert |
| Data: | 2004.12.30 21:50 |
|
Prosze Panstawa pracuje w jednej z lepszych uczelni w USA. Moim przelozonym jest doktor z dorobkiem 70 orginalnych prac naukowych. Powstawaly one od wczesnych lat osiemdziesiatych do obecnego roku. Wszystkie prace zostaly zamieszczone w liczacych sie czasopismach naukowych. Poznalem wielu ludzi ktorzy jako szefowie laboratoriow w stopniu doktora maja "na koncie" okolo 150 orginalnych prac naukowych# Czy ktos z Panstawa krytykujacych rozwiazania amerykanskie jest w stanie pochwalic sie takim dorobkiem? Chcialbym zaznaczyc jednoczesnie, ze jak na USA 150 artykulow nie jest imponujacym dorobkiem naukowym. |
|
| Autor: | Adam |
| Data: | 2004.12.28 17:36 |
|
Ile warta jest polska nauka tworzona i zarządzana przez "wybitnych", których osiągnięcia znosi tylko papier w postaci listy nic nie znaczących tytułów artykułów w czasopismach 3 i 4 ligi (niektórym i tego brak) większość z nas wie. Skoro tak dobrze kierują, doradzają oceniają i są tak kompetentni to dlaczego jest tak fatalnie? Dlaczego mało kto robi coś ambitnego i mającego znaczenie (tak znaczenie wbrew pozorom istnieje coś takiego). Dlaczego nasi Profesorowi potrafią wygłaszać jeden i ten sam wykład z drobnymi poprawkami przez 10 kolejnych lat? Dlaczego autorstwo recenzji grantów jest tajne uniemożliwiając wszelką dyskusję? Dlaczego projekty też nie są w takim razie dla recenzentów anonimowe? Znamy odpowiedź- mało pieniędzy, gdyby były to moglibyśmy mieć nawet 10 razy więcej publikacji w kiepskich czasopismach z których dalej nic by nie wynikało. Siedząc w nauce nieraz popadam w zwątpienie, że chyba jesteśmy głupsi od innych nacji mając tak nieproporcjonalnie niski w stosunku do potencjału Kraju wkład w naukę. Sądzę, że ci Wybitni już Nobla nie dostaną, zazwyczaj już trochę pieniędzy w swojej karierze zdołali wydać i spróbowali swoich sił w rządzeniu, dlaczego więc wbrew oczywistym i widocznym faktom brak pełnowartościowych owoców to chyba dowód Nr 1, ciągle są promowani przez same zasady gry? Nie powiem jak zmieniać, ale dla myślącego powinno być oczywiste, że obecny system prócz nominacji wszelakich, pozbawionego samokrytyki samozadowolenia z tego, że jest się uczonym (w osiągnięcia nie wnikajmy bądź naciągajmy że są tylko przez zły świat niedocenione), oraz spokojnych emerytur, nic nie wytworzy. Dopóki nie rozwiązanie problemów naukowych a dobre samopoczucie jakieś grupy będzie najważniejszym celem, wedle którego kształtuje się tak edukację jak i badania dopóty będzie źle. |
|
| Autor: | niedoszly doktor |
| Data: | 2004.12.27 11:17 |
|
Z ogromnym zainteresowaniem przeczytalem artykul jak i wszystkie uwagi. Nikt nie poruszyl jednak problemu wielkich znajomosci na uczelniach oraz problemu "panstwa w panstwie". Faktem jest, ze niestety na uczelni promowani sa ludzie, ktorzy siedza cichutko, nie maja swojego zdania i gdy probuja wprowadzic cos nowego podcina im sie skrzydla. Powodem, dla ktorego zostalem zmuszony do odejscia z uczelni bylo (podobno)zbyt praktyczne podejscie do prowadzonych przeze mnie zajec. Istna paranoja. Kazdy student uczac sie potrzebuje przeciez nawiazania do praktyki, a niby po co mu ta nauka? Pracuje juz kilka ladnych lat w tzw. praktyce gospodarczej i jest mi zal studentow, musza uczyc sie bardzo czesto niezrozumialych dla nich regulek, ktore nigdy im sie nie przydadza. Zamiast oceniac wartosc naukowca poprzez jego mobilnosc zastanowmy sie nad innym wzorcem, ktory mozna przeniesc z USA czy Europy Zachodniej. Nieomal kazdy naukowiec pracuje tam w normalnej firmie i z niej czerpie material do przygotowywania zajec. U nas taki model jest postrzegany negatywnie, taka osoba staje sie czarna owca w stadzie, dlaczego? Mysle, ze nie musze tego tlumaczyc... |
|
| Autor: | Obserwator |
| Data: | 2004.12.24 12:39 |
|
Nasze Uczelnie przypominają mi zamki warowne. Siedzą w nich rycerze i plebs. Rozdzielają sobie granty, ordery i czasami wyglądają przez okna, śmiejąc się z tych na zewnątrz. Ale jest na nich sposób - po co z nimi walczyć? Weżmiemy ich głodem. |
|
| Autor: | KZR |
| Data: | 2004.12.23 17:59 |
|
Najwyższa pora, aby ocenę nauki polskiej i szkolnictwa wyższego przeprowadzić z zasadniczego, tj. moralnego punktu widzenia. System obecny jest niemoralny. Bardzo podobny panuje na zsowietyzowanej Białorusi. Nauka polska znajduje się w stanie upadku moralnego. Można przytoczyć tysiące przykładów. Związek demoralizacji na polskich uczelniach z ciągłym niedofinansowaniem nauki jest słaby lub żaden. Tytuły naszych uczonych zostały nadane z poparcia wszystkim nam znanej partii i organizacji satelickich. Dzisiaj po tytuły, władzę i pieniądze w nauce sięgają dzieci i wnuki niegdysiejszych kombinatorów. Na uczelni nie liczy się już nic oprócz układów. To już jest dno."Profesor" bez żenady przedstawia tekst przepisany z książek na konferencji naukowej inny "profesor" na całorocznym wykładzie ze statystyki umie tylko niezdarnie pokazać metodę chi- kwadrat. Praca na polskiej uczelni wymaga zaprzeczenia wartościom wpajanym w katolickim kraju od dzieciństwa. A zagadnienia dyscyplin społecznych są zagadnieniami etycznymi. Nie można być oportunistą i rozwijać naukę społeczną nie można nie mieć charakteru i mieć coś odkrywczego do powiedzenia w humanistyce, nie bać się wyrazić tego zdecydowanie i jasno. To nie przypadek, że spośród nauk społecznych w Polsce najwyżej w rankingu światowym plasuje się historia. Na studia historyczne raczej nie szła młodzież z rodzin politycznych oportunistów.Często była to młodzież z rodzin z tradycją niepodległościową. Chcę żyć w poaństwie nie tylko niepodległym, ale też takim, w który jedni ludzie nie czują się niewolnikami innych ludzi. Nie zamierzam być "świętym nauki" (kiedyś pisał o tym Max Scheler)ani pasożytem.Chcę jedynie, aby wreszcie stworzono w Polsce warunki, które premiowałyby kompetentnych, umotywowanych wewnętrznie, pracowitych i uczciwych, żeby na uczelni powstały wreszcie przejrzyste stosunki społeczne. |
|
| Autor: | Bronisław Rocławski |
| Data: | 2004.12.23 13:36 |
|
Przeraża mnie to bezmyślne przenoszenie rozwiązań z USA, czy nawet z zachodniej Europy. Przeraża mnie ton wielu wypowiedzi, w których tak mocno mówi się o nich i o nas. To już mamy w genach. Lubimy dzielić i jątrzyć, a nam jest potrzebna, szczególnie teraz, tmosfera pojednania. Młodzi myślą, że my "starzy" - mam 62 lata - straciliśmy zdolność do myślenia i zatroskania o naszą naukę, czy oświatę szeroko widzianą. Tak nie jest. Możemy razem o wszystkim rozmawiać i możemy razem wypracować coś sensownego. Mobilność w szerszym zakresie w naszej rzeczywistości jest mżonką, ułudą. O tym w tekstach, które wyżej przeczytałem, jest dużo i bardzo mądrze. Czasem taka mobilność mogłaby zaistnieć w granicach jednego miasta, gdy w nim są dwie lub trzy uczelnie. Czy taka współpraca między uczelniami jest u nas możliwa? Na pewno nie. Gdy opuszczałem uczelnię i przenosiłem się na własną prośbę do innej, to władze zabroniły zatrudniania mnie. To miała być kara za odejście na własną prośbę. Czy byłby możliwy powrót do uczelni? Nie próbowałem, ale byłoby to przyjęte z wielkim zdziwieniem nawet najbliższych kolegów. Jeszcze wiele przed nami, abyśmy mogli realizowac model amerykański. Mam jeszcze jedną uwagę do szanownych kolegów magistrów i doktorów, którzy z takim sarkazmem piszą o szefach pożerających ich dorobek naukowy. Wiem coś na ten temat, gdyż wychowałem 5 doktorów i opiekuję się kilkoma doktorantami. Proszę też pamiętać o tym, że w waszych pracach w mojej też magisterskich i doktorskich jest wiele cennych i oryginalnych myśli, interpretacji, sądów waszych promotorów. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek i gdziekolwiek przeczytał skargi promotorów na to, że magistranci i doktoranci przywłaszczają sobie ich dorobek. Czynię to po raz pierwszy i proszę nie przyjmować tego jako skargi. Dobrego promotora stać na takie gesty. Nie oburzyłem się na swego opiekuna naukowego, gdy w jego artykule spotkałem własny, oryginalny sąd. Wiem, że on nie oburzyłby się, gdyby znalazł w mojej pracy magisterskiej czy doktorskiej swoją myśl. Byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi, którzy gotowi byli sobie wzajemnie pomagać. Tak staram się postępować ze swoimi podopiecznymi. Przestanę być promotorem, gdy zabraknie mi pomysłów, którymi mógłbym się dzielić z podopiecznymi. Czego w naszym życiu naukowym tak naprawdę brakuje? Życzliwości. |
|
| Autor: | Józef Okulewicz |
| Data: | 2004.12.23 04:39 |
|
Postulat usprawnienia nauki polskiej poprzez administracyjne wymuszenie mobilności pracowników naukowych opiera się na obserwacji, że w Polsce dominuje statyczny model zatrudnienia i są mierne wyniki prac naukowych, a w takich Stanach Zjednoczonych pracownicy w ogólności, a zatem i naukowi, są mobilni i zarazem obserwuje się znaczące osiągnięcia naukowe. Z tej obserwacji wyciąga się wniosek o funkcjonalnej zależności pomiędzy mobilnością naukowców a wysoką jakością ich pracy. Jest to jednak zależność tego samego rodzaju co zależność pomiędzy pianiem koguta i wschodem słońca. Można zmusić administracyjnie lub zachęcić finansowo naukowców do mobilności, co samo w sobie może być atrakcyjne i korzystne dla tej grupy społecznej. Mogłoby to być traktowane jako rodzaj uprzywilejowania tej grupy zawodowej, lecz należałoby przygotować fizyczne warunki dla mobilności, jak choćby możliwość posiadania kilku mieszkań, itp. W efekcie po latach możnaby upowszechnić przekonanie, że bycie naukowcem wiąże się z koczowniczym trybem życie na podobieństwo komiwojażera czy kierowcy dalekobieżnych ciężarówek. Nie można jednak oczekiwać, że miałoby to znaczący wpływ na wynik prac naukowych poza tym, że ci, którym taki styl życia by nie odpowiadał nie zostawaliby naukowcami. W USA ludzie tak żyją, że się przenoszą z miejsca na miejsce. Nie robią tego jednak po to by zwiększyć jakość wyników swej pracy, choć może zmiana środowiska może temu sprzyjać. Bez wątpienia jednak okres przenosin nie jest okresem wytężonej pracy jakiejkolwiek, nie tylko naukowej. Dlatego nie można doszukiwać się w tym źródeł lepszych niż gdzie indziej wyników pracy w ogóle, a pracy naukowej w szczególności. Nie ma zatem żadnych – poza koincydencją zaobserwowaną w pewnym systemie ekonomiczno-spolecznym – przesłanek dla tezy, że źródłem dobrych wyników pracy naukowej jest mobilność pracowników naukowych. Każde odkrycie naukowe jest wielkie, bo poszerza obszar znanego i rozumianego świata. Do historii przechodzą zaś te największe, bo często ogniskują w sobie to co jest istotą odkrycia naukowego. Penicylinę np. odkryto nie dlatego, że Fleming zmieniał często miejsce pracy, bo przez 20 lat pracował w tym samym szpitalu. Po prostu zaciekawiło go dlaczego w jednej z próbek – na skutek niedopatrzenia i niestarannego wykonania doświadczenia – nie rozwinęły się bakterie. Odkrycie to – wyróżnione nagrodą Nobla - przez 10 lat spotykało się z niedowierzaniem innych naukowców też nie dlatego, że nie byli oni dostatecznie mobilni. Nie mieli po prostu tej samej co Fleming ciekawości poznawczej i opierali się na opinii uznanych autorytetów. Nic zatem nie wskazuje na to by przymus mobilności naukowców spowodował wzrost ciekawości poznawczej sprzyjającej podważaniu uznanych prawd w zastanym świecie. Jeśli już to można raczej mówić o odwrotnej zależności. Ciekawość poznawcza może zachęcać naukowca do poszukiwania odpowiedniego dla niego ośrodka naukowego. Z drugiej jednak strony gdy znajdzie taki ośrodek, to nic nie zmusi go do jego opuszczenia. Dlatego zamiast wprowadzać administracyjny nakaz mobilności naukowców należałoby wprowadzić administracyjny nakaz posiadania i rozwijania w sobie ciekawości poznawczej, bo tylko ona jest gwarancją odkrywania nowych praw w postrzeganym świecie, a co za tym idzie gwarancją wysokiej jakości pracy naukowej. |
|
| Autor: | profesor nadzwyczajny |
| Data: | 2004.12.22 17:01 |
|
Mam bardzo wiele zastrzeżeń do obecnego systemu. O konkursach w których nagrody zostały rozdane przed ich ogłoszeniem, napisali moi poprzednicy i nie chcę powtarzać ich argumentów. Moje poważne wąpliwości budzi procedura habilitacyjna, która przypomnina sąd kapturowy -kilka lat temu przeszłam pozytywnie przez tą procedurę, ale źle ją wspomninam. Uważam, że recenzje habilitacyjne nie powinny być tajne. Faktycznie rygor tajności często jest łamany, ponieważ rozsądni recenzenci nieformalnie przesyłają swoja recenzję zainteresowanemu. Po co ta fikcja? Mam również zastrzeznia do procedury powoływania komisji d.s. habilitacji. Nierzadko zdarza się, że w sklad tej komisji nie wchodzi ani jedna osoba kompetentna, ponadto członkowie komisji wykorzystują swoje układy, żeby np. zmusić "habilitanta" do wykonania róznych prac, ktorych wyniki bywaja publikowane bez podania, kto faktycznie te prace wykonał. Następne zastrzeżenia dotyczą obciążeń dydaktycznych. Rozliczenie dydaktyki obejmuje ilość zajęć dydaktycznych, bez wzlędu na to, czy są to zajęcia z tego samego przedmiotu, prowadzone dla kilku równoległych grup studentów, czy każde zajęcia są z innego przedmiotu, a takim przypadku czas, który jest konieczny do przygotowania zajęć jest o wiele większy. Ponadto sporadycznie bierze się pod uwagę kompetencje prowadzącego zajęcia, nierzadko zdarza się, że osoba prowadząca zajęcia -wykłady, ćwiczenia, seminaria- nie opublikowała żadnej pracy ani nawet nie zrobiła ani jednej "fuchy" z dziedziny z której prowadzi zajęcia. Niestety nie mam zadnego pomysłu, jak te układy można zmienić. Może ktoś mi teki pomysł podsunie? |
|
| Autor: | Młody dr hab. |
| Data: | 2004.12.22 11:19 |
|
Jestem zaskoczony, że tyle czasu poswięcono niedojrzałym poglądom.Panowie Autorzy, jesteście dobrzy to czego boicie się habilitacji. To przecież tylko sprawdzian waszych osiągnięć o których mówicie, że są poważne.Wydaje mi się jednak, że tu chodzi o profesurę dla Mariana Krzaklewskiego i innych adiunktów, którzy jako politycy się nie sprawdzili a teraz szukają swojego miejsca w nauce. Ot było by zabawnie |
|
| Autor: | Niezrzeszony |
| Data: | 2004.12.22 10:48 |
|
Upatrywanie słabości polskiej nauki tylko w jednym czynniku — braku mobilności, oderwanym od kontekstu całokształtu życia społecznego i politycznego razi naiwnością. Dodając do tego cielęcy zachwyt „modelem anglosaskim”, czytaj amerykańskim, jeszcze to przekonanie o naiwności autorów pogłębia. Mam wrażenie, że szanowni autorzy pomylili wskaźniki wydajności (z lubością stosują ten termin) zaczerpnięte z taśmy produkcyjnej z oceną jakościową, a tylko tej ostatniej dokonania naukowe mogą, moim zdaniem, podlegać. W ich wizji naukowiec, podobnie jak to wcześniej uczyniono z pracownikiem, ma stać się elastycznym dodatkiem do procesu produkcji. Tylko czy nauka jest procesem produkcji, a jeżeli tak, to, co produkuje? Teksty, wdrożenia, pieniądze, studentów-absolwentów, a może Prawdę? W modelu amerykańskim, który równie bezkrytycznie, co mechanicznie chcą autorzy rzeczonego artykułu przeszczepić na grunt polski, postawiono na ilość wierząc po marksowsku, że ilość przejdzie w jakość. Śmiem wątpić. Samo założenie jest prostackie i błądne, mierzyć jedną miarą (ilość tekstów + indeks cytowań + mobilność) wszystkie dziedziny nauki. Są i takie, że pół nie życia wystarczy na jedne sensowne badania, z których wyjdą 2-3 skromne, ale być może bezcenne w danej dziedzinie artykuliki. Inny przykład, giganci filozofii - Sokrates i Kant, wedle kryteriów autorów odpadają w przedbiegach, obaj niemobilni. Całe życie w jednym mieście, a na dodatek ten pierwszy w życiu słowa nie napisał. Za to, używając współczesnej nomenklatury, był znakomitym dydaktykiem. Tego oceniając naukowców w ogóle nie bierze się pod uwagę, a każdy, kto uczy wie, że dobrze przygotowany wykład, to wysiłek porównywalny z napisaniem tekstu, a porządny cykl wykładów wart jest książki, ale kogo to obchodzi, prawda? Ważniejsza jest mobilność!!! PS Dodam, że USA przoduje obok mobilności także w ilości więźniów w stosunku do liczby ludności. Może i ten wskaźnik powinniśmy na nasz grunt przeszczepić. A może jedno z drugim ma jakiś związek? Podpowiadam. Czy naukowiec ma rodzinę czy nie, jaką cenę płacą dzieci zmieniając co i rusz miejsce zamieszkania, środowisko? Moje dochodziły do siebie 4 lata. A może jest inne rozwiązanie, np. obowiązkowy celibat od doktora wzwyż i cela w akademiku. Wydajność naukowa wydatnie wzrośnie :-) |
|
| Autor: | Niezrzeszony |
| Data: | 2004.12.22 10:46 |
|
Upatrywanie słabości polskiej nauki tylko w jednym czynniku — braku mobilności, oderwanym od kontekstu całokształtu życia społecznego i politycznego razi naiwnością. Dodając do tego cielęcy zachwyt „modelem anglosaskim”, czytaj amerykańskim, jeszcze to przekonanie o naiwności autorów pogłębia. Mam wrażenie, że szanowni autorzy pomylili wskaźniki wydajności (z lubością stosują ten termin) zaczerpnięte z taśmy produkcyjnej z oceną jakościową, a tylko tej ostatniej dokonania naukowe mogą, moim zdaniem, podlegać. W ich wizji naukowiec, podobnie jak to wcześniej uczyniono z pracownikiem, ma stać się elastycznym dodatkiem do procesu produkcji. Tylko czy nauka jest procesem produkcji, a jeżeli tak, to, co produkuje? Teksty, wdrożenia, pieniądze, studentów-absolwentów, a może Prawdę? W modelu amerykańskim, który równie bezkrytycznie, co mechanicznie chcą autorzy rzeczonego artykułu przeszczepić na grunt polski, postawiono na ilość wierząc po marksowsku, że ilość przejdzie w jakość. Śmiem wątpić. Samo założenie jest prostackie i błądne, mierzyć jedną miarą (ilość tekstów + indeks cytowań + mobilność) wszystkie dziedziny nauki. Są i takie, że pół nie życia wystarczy na jedne sensowne badania, z których wyjdą 2-3 skromne, ale być może bezcenne w danej dziedzinie artykuliki. Inny przykład, giganci filozofii - Sokrates i Kant, wedle kryteriów autorów odpadają w przedbiegach, obaj niemobilni. Całe życie w jednym mieście, a na dodatek ten pierwszy w życiu słowa nie napisał. Za to, używając współczesnej nomenklatury, był znakomitym dydaktykiem. Tego oceniając naukowców w ogóle nie bierze się pod uwagę, a każdy, kto uczy wie, że dobrze przygotowany wykład, to wysiłek porównywalny z napisaniem tekstu, a porządny cykl wykładów wart jest książki, ale kogo to obchodzi, prawda? Ważniejsza jest mobilność!!! PS Dodam, że USA przoduje obok mobilności także w ilości więźniów w stosunku do liczby ludności. Może i ten wskaźnik powinniśmy na nasz grunt przeszczepić. A może jedno z drugim ma jakiś związek? Podpowiadam. Czy naukowiec ma rodzinę czy nie, jaką cenę płacą dzieci zmieniając co i rusz miejsce zamieszkania, środowisko? Moje dochodziły do siebie 4 lata. A może jest inne rozwiązanie, np. obowiązkowy celibat od doktora wzwyż i cela w akademiku. Wydajność naukowa wydatnie wzrośnie :-) |
|
| Autor: | Halina Wątróbska |
| Data: | 2004.12.21 21:09 |
|
Jestem profesorem, cha cha. Pani w okienku w Banku gdzie zakladalam konto, podając swoją miesieczną pensję, uradowana stwierdzila - o! mamy takie same dochody:-) A że mam pecha mieć jedno dziecko na utrzymaniu, nie zakwalifikowałam się do kredytu mieszkaniowego:-) Bo z moją pensją musiałabym go spłacać przez dwadzieścia lat. A z kolei na tyle lat, w moim wieku to się w ogóle kredytu nie daje. Dziś pół pensji zapłaciłam za aparat do prostowania zębów synowi, bo ma krzywe, a państwowy się nie należy. I tak wybrałam najtańszy, bo droższe przekraczają nieźle moją profesorską pensję:-) Zbudowanna prestiżową finansową pozucją profesora polskiej uczelni wyższej, rzucam się w wir pracy. A powyższe dyskusje niektórych Szanownych Kolegów, są świetne, prawdziwie AKADEMICKIE. |
|
| Autor: | Profesor |
| Data: | 2004.12.21 20:49 |
|
Kto ten system ma zmienić-Profesorowie?? Wasze niedoczekanie. Po co zmieniać skoro nam nigdy nie będzie lepiej. Bierzcie się za habilitacje my was ocenimy, kryterium osiągnięć naukowych niech sobie stosują Niemcy i Amerykanie.Tamci profesorowie nie mieli by u nas szans. Byli by zwykłymi adiunkcikami.Z kim tu rozmawiać! |
|
| Autor: | Doktor - prawie emeryt |
| Data: | 2004.12.21 18:17 |
|
Może nie tyle o mobilności, co o kryteriach awansu... Coś o przewodzie habilitacyjnym. Nie daj Boże, jeśli rozprawa habilitacyjna zawiera plamę w postaci skutecznej aplikacji. To działa na recenzentów, jak czerwona płachta na... i nic juz pracy nie pomoże. Dalej: recenzent, który czeka kilka miesięcy na inne opinie, by dostosować się do zdania większości. Jest jeszcze czynnik potencjalnego zagrożenia, jaki wiąże się z nowym dr hab. Przecież naogół szuka sie uczelni, czy instytutu spełniającego warunek braku zagrożenia i tylko tam są szanse na pomyślne przeprowadzenie przewodu. Zestawiając fragmenty kilku recenzji tej samej pracy można dojść do naprawdę ciekawych wniosków. Zainteresowanym służę cytatami. No i jeszcze coś: szukam argumentów przemawiajacych za korzystnym wpływem przewodu habilitacyjnego na poziom naukowy. Przecież w naukach technicznych habilitacja to zwykle sprawa 40-latków. |
|
| Autor: | Byly adiunkt |
| Data: | 2004.12.21 18:07 |
|
Z perspektywy pracy na dwoch uczelniach w Polsce, dwoch we Francji, jednej w Stanach i jednej w Holandii moge powiedziec, ze pan Bohdan Jalowiecki mysli sie albo wyciaga nieuzasadnione uogolnienia w co najmniej trzech przypadkach. Pozwole je sobie zacytowac: 1. "..zatrudniają emerytowanych profesorów [...] dlatego, że profesorowie ci nierzadko mają ogromna wiedzę i wielki dorobek naukowy". Panie Bohdanie - uzywajac slowa "nierzadko" mysli sie Pan diametralnie! Moze jest tak w naukach z zakresu historii literatury itp, ale w zadnym razie nie w tych, gdzie nastepuja szybkie zmiany wywolane zmianami w gospodarce (np. politechniki, akademie rolnicze, wiekszosc wydzialow uniwersytetow). Standardowo poziom naukowy osob po habilitacji, a zwlaszcza po profesurze ma tendencje do obnizania sie. A powolywanie sie na tzw."wielki dorobek naukowy" profesorow to naginanie faktow, przeciez jest rzecza powszechnie znana, ze mlodzi doktoranci czy adiunkci haruja na szefow i w duzej mierze tworza ich dorobek przy ich minimalnym (jesli w ogole) zaangazowaniu. 2. "Nie jest tak, że wszyscy profesorowie są do kitu, a doktorzy genialni." Oczywiscie, ze tak nie jest. Ale zeby to sprawdzic, trzebaby wprowadzic rzeczywiscie wolne i otwarte konkursy na stanowiska profesorskie jak w Stanach i zniesc cieplarniane warunki i "dozywocie" profesorow. Ale to rozwiazanie nie ma szans powodzenia, bowiem taka otwartosc blokuja wlasnie sami profesorowie. Czemu to? Boja sie konkurencji ze strony mlodych? 3. "Poza tym młodzi zdolni tak bardzo do kariery naukowej się nie garną, bo jest długa, trudna i nie daje pewności sukcesu, także materialnego." To juz jest po prostu bzdura. Jak wielkiego trzeba samozaparcia i determinacji, aby w dzisiejszych warunkach zdecydowac sie na kariere naukowa za smiesznie niskie stypendium doktoranckie (i to dopiero od drugiego roku studiow), podpisujac przy tym zobowiazanie o niepodejmowaniu innej pracy na etacie? A jednak - mlodych ludzi chcacych robic doktorat jest o wiele wiecej niz miejsc... Bo wlasnie w dzisiejszych czasach, jesli ktos posluguje sie jezykiem obcym (przede wszystkim angielskim) ma mozliwosc, ba! - pewnosc nawet osiagnac sukces i finansowy i naukowy. A to dzieki ogromnie rozbudowanemu systemowi stypendialnemu UE. Prosze poczytac troche o priorytetach 6PR, znajdzie Pan tam informacje jak UE wspiera mlodych naukowcow i srodki finansowe na te dzialania, ktorych ogrom wrecz przytlacza. Inna sprawa, ze owi "profesorowie o wielkim dorobku" wykazuja sie czesto rownie wielka zawiscia i po prostu uniemozliwiaja mlodym naukowcom wyjazdy na staze, stypendia czy konferencje za pieniadze z UE. |
|
| Autor: | Ewa Kostarczyk |
| Data: | 2004.12.21 17:41 |
|
Pojęcia naukowca i badacza wywodzą się z pragmatycznej filozofii technokracji o rodowodzie anglojęzycznym (scientist, researcher) a oznaczając raczej wąską specjalizację nie wymagają wszechstronności. Odmienność zadań jakie ma do spełnienia uczony czy naukowiec przekładają się na istotne różnice systemów edukacyjnych w różnych krajach. W przodujących pod względem myśli naukowo-technicznej krajach (USA, Wielka Brytania) stopień doktora nauk jest najwyższym sensu stricte stopniem naukowym upoważniającym do samodzielnej pracy naukowej oraz obejmowania stanowisk kierowniczych w instytucjach badawczych i naukowych. W anglosaskim modelu nauki, doktorzy nauk po odbyciu dwóch lub trzech kilkuletnich staży podoktoranckich (postdoctoral position – „postdoc”) w różnych laboratoriach posługujących się różną (WAŻNE!) metodologią badawczą stanowią dynamit, który ma szansę twórczo eksplodować. W odróżnieniu, polski system edukacyjny nie akceptuje doktora nauk jako samodzielnego pracownika naukowego, Doktor nauk uzyskuje samodzielność dopiero po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego. Obecnie, w wielu placówkach naukowych na terenie naszego kraju prowadzona jest polityka nie zatrudniania bądź nie przedłużania umowy o pracę świeżo wydoktoryzowanym pracownikom naukowym. Pracodawców przed poczuciem winy (bo przecież nie sankcji!) chroni racjonalizacja według której wysyłają oni świeżo upieczonego specjalistę w świat. W polskich realiach wysokiego bezrobocia, symbolicznych nakładach na naukę oraz niewielkiej liczbie instytucji naukowo-badawczych oznacza to po prostu podcinanie gałęzi. Szanse młodego naukowca na to by spełnić marzenie i zostać uczonym, albo rozwijać dobrze zapowiadający się temat badawczy – rozpływają się wśród niewyraźnych uśmiechów kolegów naukowców ni to współczucia, ni to ulgi. Zgodnie z regułami prawidłowo przeprowadzonego przewodu doktorskiego to nie promotor lecz doktoryzowany pracownik naukowy posiada najszerszą i najnowszą wiedzę dotyczącą danego zagadnienia. W prawidłowo funkcjonujących środowiskach naukowych powszechnie znaną metodą szybkiego uzyskiwania najnowszych i wieloaspektowych informacji przeglądowych jest korzystanie z prac doktorskich. Co zatem sprawia, że proceder wylewania dziecka z kąpielą stał się tak powszechny w środowiskach naukowo-dydaktycznych? Otóż ten prosty w swej istocie zabieg chroni zinstytucjonalizowanych pracowników nauki przed nieuniknioną rywalizacją o zajmowane stanowiska. Do kategorii zinstytucjonalizowanych pracowników nauki oczywiście można zaliczyć przede wszystkim samodzielnych pracowników naukowych (czyli według polskiego ustawodawstwa doktorów habilitowanych i profesorów). Należą do tej kategorii również wszyscy pozostali pracownicy naukowi (magistrzy i doktorzy nauk), którzy ponad marzenia o samodzielnej pracy naukowej przedkładają stabilność zatrudnienia oraz premię pracując na sukces swoich przełożonych. Problemu jakości polskiej nauki nie można sprowadzać tylko i wyłącznie do braku pieniędzy. To organizacja instytucji naukowo-badawczych i dydaktycznych w Polsce nie promuje ani nauki ani pracowników naukowych. Opiniotwórcze hasła, że zwyciężają najlepsi, bo nawet w Polsce tylko tacy mogą się przebić jest medialnym nadużyciem. Problem niskich nakładów finansowych państwa na rozwój nauki jest zagadnieniem całkowicie odrębnym. Każdy wzrost dotacji finansowych bez zmian strukturalnych w obrębie istniejących placówek naukowych i dydaktycznych byłby zjawiskiem korupcjogennym. |
|
| Autor: | mlody adept nauki |
| Data: | 2004.12.21 16:16 |
|
11. Nie CudzoUcz |
|
| Autor: | kolejny sceptyk |
| Data: | 2004.12.21 14:58 |
|
Autorzy piszą: "Wprowadzenie otwartych rzeczywistych konkursów - zamiast obecnych fikcyjnych - wymusiłoby mobilność kadry naukowej, która bez doświadczeń z innych ośrodków nie miałaby szans powrotu do swojej macierzystej uczelni.". Brawo! Nie można jednak *zadekretować* otwartych i uczciwych konkursów. Takie konkursy po prostu muszą się... opłacać! Być może rozwiązaniem byłoby wydzielenie z funduszy, które otrzymuje instytut/wydział/uczelnia, *znaczącej* pozycji uzależnionej od wyników naukowych i patentów. To nie może być kwestia 300 zł netto/miesiąc (z grantu byłego KBN). Instytuty, ktore otrzymywałyby tylko "gołe" pieniadze, musiałyby po prostu paść. Dobrze byłoby też pójść śladem USA i zagwarantować naukowcom godziwy procent w zyskach z patentów. Czy w takiej sytuacji ktokolwiek zatrudniałby asystentów "po znajomości"? Czy tak bardzo liczyłoby się, czy nowy szef jest dr, dr hab., `NN, prof` czy `prof. NN`? To jednak wymaga zastanowienia się, czego społeczeństwo od uczelni oczekuje. Bo nie może być tak, że w wyniku reformy uczelnie tylko dostaną więcej pieniędzy. My musimy też zacząć inaczej pracować. Kryteria oceny muszą być tak zdefinowane, by nie można było ich spełnić (wyłącznie) metodą "znajomości". I nie mogą być ustalane przez uczelnie - przykładem są tu prawnicy, których nie martwią naganne wydarzenia na UG, lecz oburza perspektywa "ograniczenia wolności obywatelskich" poprzez odebranie "swobody działalności gospodarczej" (poprzez likwidację wieloetatowości). Jeśliby zmusić uczelnie do myślenia o obiektywnie ocenianej wydajności - naukowej i dydaktycznej - to problem tytułomanii sam by się rozwiązał. W ogóle uczelnie jako takie nie są zdolne do opracowania jakiejkolwiek reformy chociażby ze wzgledu na ich ogromne zróżnicowanie wewnętrzne. Są wydziały komercyjne, w których nauka to fikcja, listek figowy, a liczą się tam wyłacznie pieniądze z zajęć dydaktycznych. Nie bardzo też rozumiem potrzeby prowadzenia badań naukowych na takich wydziałach czy uczelniach, jak AWF czy filologie obce nowożytne. Oczywiście poza aspektem prestiżowym. Te wydziały w sumie mają dominującą pozycję na uczelniach i nie zgodzą się na żadną reformę, która promowałaby reformy "ich kosztem". Z drugiej strony wydziały "naukowe" mogą zdolnym studentom zaoferować stypendium doktoranckie rzędu 800-1000 zł z zakazem podejmowania pracy i społeczny status "kosmity" - ani studenta, ani pracownika (czy np. ktoś słyszał, żeby doktorantowi ktoś dał kredyt mieszkaniowy?). Do tego większość zatrudnionych tu adiunktów - ludzi z reguły niezwykle zdolnych - dorabia z biedy. A tak na marginesie - to dość ciekawe, że Czesław Miłosz, ledwie magister, mógł zostać profesorem w Ameryce, a nie mógłby na żadnej europejskiej uczelni... |
|
| Autor: | Bohdan Jałowiecki |
| Data: | 2004.12.21 11:54 |
|
Autorzy mają oczywiście trochę racji,ale nie biorą wielu czynników pod uwagę. Na uwarunkowania materialne już zwrócono uwagę, istotny jest także stosunek popytu i podaży, która jest stale większa wskutek wzrostu liczby studentów i powstania szkół prywatnych, które nie tylko zatrudniają emerytowanych profesorów aby mieć minimum kadrowe wymagane przez biurokrację, ale dlatego, że profesorowie ci nierzadko mają ogromna wiedzę i wielki dorobek naukowy. Nie jest tak, że wszyscy profesorowie są do kitu, a doktorzy genialni. Poza tym młodzi zdolni tak bardzo do kariery naukowej się nie garną, bo jest długa, trudna i nie daje pewności sukcesu, także materialnego. Oczywiście wiele rzeczy da się zmienić. Trzeba podnieśc poziom doktoratów. Obrona powinna być przed międzyuczelnianym (międzynarodowym) jury. Kiedyś pisałem o tym w "Forum". Trzeba także stymulować mobilność. Osobiście byłem bardzo ruchliwy, pracowałem w trakcie swojej kariery zawodowej w 8 instytucjach naukowych i w trzech miastach (co kiedyś, prawda, miano mi za złe), a ponadto gościnnie na dwoch uczelniach zagranicznych. To tylko na dobre mi wyszło. Osobiście z żadną patologią, o której piszą autorzy nie spotkałem się.Aczkolwiek o wielu słyszałem. Młodych promowałem , a troje w nich zostało wcześnie profesorami (także we Francji) Oblicza polskiej nauki są różne. Polska także w okresie "komuny" miała wielu wspaniałych uczonych. Natomiast jednym z podstawowych błędów uczonego jest nadmierne, nieuprawnione uogólnianie, co dedykuję Panom Wieczorkowi i Wójcikowi. |
|
| Autor: | Mariusz Olczak |
| Data: | 2004.12.21 11:29 |
|
Autorzy mają rację pisząc o zatrudnianiu na kierowniczych stanowiskach osób z doktoratami. Jednak zakaz pracy dla wlasnych absolwentów nie wydaje się słuszny. W pewnych przypadkach zatrudnienie naprawdę dobrego "własnego" młodego doktora przynosi lepsze efekty niż obowiązkowe szukanie nowego, o słabych kwalifikacjach, którego jedyną zaletą jest to, że nie pochodzi z macierzystej uczelni. W USA czy w Uuropie Zachodniej ten problem nie występuje, tam rynek pracy jest ogromny - nietrudno znaleźć osoby o wymaganych kwalifikacjach. W Polsce oczywiście dochodzi problem z przenosinami z miasta do miasta. To wiąże się z ogromnymi wyrzeczeniami i zazwyczaj z obniżeniem poziomu życia - w ogromnej większości przypadków jest po prostu nieopłacalne. Problem mogloby rozwiązać zatrudnianie dobrych naukowców z zagranicy - być może z terenów byłego ZSRR. Z Zachodu raczej nie przyjadą, ze względu na dysproporcje w zarobkach. W pełni zgadzam się z koniecznością weryfikacji profesorów i doktorów habilitowanych - ich praca powinna być oceniana i w razie oceny negatywnej powinna istnieć możliwość ich zwolnienia. Co do osó popełniejących plagiat sprawa jest prosta - dożywotni zakaz wykonywania zawodu. |
|
| Autor: | zrezygnowany |
| Data: | 2004.12.21 09:10 |
|
Sceptyczny 2 ma racje piszac,ze w tej sytuacji zmiana pracy chocby i przeniesienie sie chocby np. z Kielc do Warszawy jest niemozliwe bez uzyskania chocby mieszkania sluzbowego na nowym miejscu. Ale zmiany sa mozliwe, trzeba je jednak wprowadzac a nie tylko o nich mowic. Osobiscie podoba mi sie pomysl publikowania prac doktorskich i dorobku naukowego w internecie. Na pewno w jakis sposob pomogloby to wyeliminowac patologie typu prace doktorskie na poziomie slabych magisterek, a byc moze i ograniczyc plagiaty. Bowiem jawnosc jest to, czego stara gwardia boi sie najbardziej. Stad tez faktyczne ukrywanie informacji o konkursach. Bo kazdy dodatkowy kandydat (oprocz tego, dla ktorego szykowane jest miejsce) to klopot. W mojej bylej katedrze w Polsce na konkurs na adiunkta wplynely dwa podania. Jedynie sluszny kandytac mial zenujacy dorobek w porownaniu z tym drugim, ktory nie wiadomo skad dowiedzial sie o tym konkursie. Komisja miala potezny klopot, promotor "jedynie slusznego" nie chcial ustapic, w koncu... o dziwo - przyjeto obu. Jednak to wyjatek, generalnie nic sie nie zmienia, lub zmiany zachodza wraz z ubywaniem starej kadry (a to dlugowieczny gatunek)... dlatego niestety - jak wielu moich swietnych kolegow, ktorzy wyemigrowali po doktoracie, ja tez nie moglem czekac (dzieci rosna) i pisze to juz z zagranicy. Stad brak polskich liter za co przepraszam. |
|
| Autor: | sceptyczny 2 |
| Data: | 2004.12.21 08:43 |
|
W pełni popieram tezy artykułu. Jednakże ma on jedną podstawową wadę - nie uwzględnia polskich realiów. Załóżmy, że wygrałem konkurs ogłoszony przez UW lub UJ. Do Warszawy i Krakowa mam ok. 250 km. Dojazdy odpadają. Z pensji adiunkta mieszkania w tych miastach nie wynajmę. Jeżeli sprzedam moje obecne mieszkanie to będę miał pieniądze na połowe lokalu w Warszawie lub Krakowie. Jeżeli wezmę kredyt na drugą połowe, to przy legalnych zarobkach w polskiej nauce będę go spłacał przez 25 lat. W tym czasie nie będzie mowy o jakiejkolwiek mobilności i rozwoju naukowym. Pierwszeństwo bedzie miała zawsze rata kredytu (czyli gonienie za pieniędzmi). Pozostaje jeszcze problem pracy dla żony (ma wykształcenie ale nie mamy znajomości). A przede wszystkim, majac rozliczne doświadczenia, nie wierzę w uczciwość polskich konkursów. Nie mam ochoty rywalizować z osobami mającymi polityczne lub towarzyskie koneksje, pozwalajace wygrać każdy konkurs. W polskich realiach można mówić wyłącznie o potrzebie rewolucyjnej przebudowy całego państwa i społeczeństwa, a nie o zmianie pojedynczych jego komponentów. Wybaczcie, że nie podpiszę się, ale gdyby to przeczytał mój szef, to sami rozumiecie... |
|
| Autor: | Stanislaw Skoczowski |
| Data: | 2004.12.21 08:36 |
|
Autorzy ,choc profesorowie,nie zastanowili sie nad przyczynami takiego stanu nauki w polsce.A przeciez taka jest nauka jakie sa na nia pieniadze i jakie sa pensje nauczycieli akademickich.Zapomnieli dopisac,ze tez pensje powinny byc takie jak w USA.Ponadto,nie wzieli pod uwage destrukcyjnego wplywu wielu lat komuny na mentalnosc i etyke /moralnosc /spoleczenstwa . |
|
| Autor: | Janusz Borkowski IGf PAN |
| Data: | 2004.12.21 08:24 |
|
Autorzy proponuja "Trzeba wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu" a co zrobic z doktorem unikatowej specjalności, ktora jest reprezentowana tylko na macierzystej uczelni?? |
|
| Autor: | Janusz Borkowski IGF PAN |
| Data: | 2004.12.21 08:23 |
|
Autorzy proponuja "Trzeba wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu" a co zrobic z doktorem unikatowej specjalności, ktora jest reprezentowana tylko na macierzystej uczelni?? |
|
| Autor: | sceptyczny |
| Data: | 2004.12.21 07:26 |
|
Ktoś, kto wierzy w szybkie zniesienie dyktatury starej kadry naukowej uformowanej w dawnych komunistycznych warunkach jest idealistą i marzycielem... przecież w nauce przez ostatnie 15 lat właściwie nic się nie zmieniło - ba! jest nawet gorzej, bo stary układ nie tylko przetrwał, ale jeszcze dostosował się do nowych warunków gospodarki rynkowej. |
|
| Autor: | Też doktor,który wyemigrował do Holandii |
| Data: | 2004.12.21 07:00 |
|
W pełni podpisuję się pod tezami zawartymi w artukule. Może jeszcze dodam (za przykładem mojego poznańskiego instytutu), że żenujący jest poziom wielu doktoratów robionych przez "przydupasów" panów profesorów belwederskich... Ważne jest to, że promowani są "mierni, bierni, ale wierni". Ktoś, kto się wysuwa przed szereg jest pod takim ostrzałem, że w końcu prawie zawsze odchodzi. Ale w odróżnieniu od autorów artykułu - podam jeden bardzo prosty sposób ma niezwykle szybką poprawę stanu polskiej nauki oraz jej poziomu. Wystarczy wprowadzić OBOWIĄZEK publikacji w internecie pełnych prac doktorskich - wówczas na pewno wiele ułożonych doktoratów nie zostało by przepchniętych - promotorzy, a zwłaszcza recenzenci baliby się publicznej kompromitacji. A idąc dalej - sprawozdania roczne z działalności naukowej wysyłane do MNiI powinny być również dostępne w sieci. Wiecie, dlaczego mój szef z Polski nie zgadzał się na umieszczenie strony internetowej mojego zakładu, choć zabiegaliśmy o to przez 5 lat? Bo wyszłoby na jaw, że profesor od 14. lat belwederski ma mniej publikacji naukowych i popularnych od większości pracowników zakładu. Więc jakże to tak może być? To chore.. Jednak obawiam się, że szybko się to nie zmieni. Niestety |
|
| Autor: | Młody Doktor |
| Data: | 2004.12.21 05:47 |
|
"Oczywiście, zarobki takiej osoby muszą umożliwiać przeprowadzkę do innego miasta i rozwiązanie problemu mieszkaniowego." I to jest odpowiedź na tezę zawartą w artykule!!! Bo przecież wiadomo, że doktor zarabia tyle, że może starać się o miejsce w dowolnym mieście i zaraz kupić sobie mieszkanie a reszcie rodziny zapewnić pracę, itp... A propos, jak wygląda kariera naukowa autora artykułu z Dallas? |
|