ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!
Na marginesach nauki

Na Berlin?

Leszek Szaruga

 Fot. Stefan Ciechan Ten tytuł nie nawiązuje do 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej, tym bardziej że z tej okazji wszyscy raczej wyruszają do Moskwy, co zresztą budzi - dość skądinąd uzasadnione - kontrowersje. Ale to sprawa historyków, ja natomiast chciałbym coś napisać jako polonista.

Jest rzeczą oczywistą, iż w tym kompletnym zamieszaniu i pomieszaniu politycznym, w jakim ostatnio żyjemy, musiał ujść uwadze poważnych, ale zemocjonowanych biegiem zdarzeń ludzi artykuł w „Gazecie Wyborczej”, którego autorka Britta Helbig-Mischewski, pracownica Uniwersytetu Humboldta w Berlinie i polska pisarka, autorka powieści „Pałówa”, woła o ocalenie jedynej w Niemczech poważnej katedry polonistyki, o której likwidacji - po przejściu na emeryturę zasłużonego i znakomitego badacza, jakim jest profesor Heinrich Olschowsky - zadecydowały względy „ekonomiczne”. Fakt, iż w każdym „normalnie” funkcjonującym kraju w razie kłopotów budżetowych pod nóż idą najpierw nauka i kultura, nie powinien w zasadzie dziwić, choć dla mnie jest to zawsze rzecz nie bardzo zrozumiała. Ale jest też dla mnie sprawą oczywistą, iż uratowanie - mającej bogate, bo jeszcze XIX-wieczne tradycje - katedry polonistyki w Berlinie powinno być dla nas dziś sprawą ważną. To nie jest kwestia przeszłości, lecz przyszłości. Tyle że trudno o tej kwestii poważnie rozmawiać w domu wariatów.

Jestem pewien, iż nie znajdzie się obecnie żadne poważne lobby, które wezwałoby polskie państwo i polski parlament, by wyasygnowały z pieniędzy podatników sumę wystarczającą na uratowanie - nie mówię już o rozbudowie, bo to naprawdę zbyt chyba wyrafinowana myśl dla naszych parlamentarzystów - polonistyki w Berlinie. A jest o co walczyć, gdyż liczba studentów pragnących ową polonistykę studiować, miast maleć - wzrasta. Ale kogo to w gruncie rzeczy obchodzi?

A paru ludzi obchodzić powinno. Powinno też obchodzić nasz kraj, powinno może obejść naszych europarlamentarzystów. Z naszego punktu widzenia sprawa nie jest wcale marginalna i można powiedzieć, że berlińska polonistyka - ale nie tylko berlińska, choć w Lipsku, niegdyś (fakt, że za komuny) silnym ośrodku, została już zmarginalizowana, zaś w landach zachodnich skurczyła się do „fachu pobocznego” - czyni dla kultury polskiej w Niemczech więcej niż wszystkie trzy działające tam (w Berlinie, Lipsku i Duesseldorfie) Instytuty Polskie. Ta polonistyka w końcu dostarcza też kadry do założonego przed ponad trzydziestu laty przez Karla Dedeciusa, mającego olbrzymie zasługi w popularyzowaniu naszej literatury, Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt.

Tymczasem polonistyka ginie w oceanie slawistyki, co wykłada się najprościej jako rusycystyka. Broń mnie Bóg, bym miał coś przeciw rusycystyce czy bohemistyce, ale przecież nie w tym rzecz, by innych Słowian spychać ze sceny, lecz w tym, by się samemu na niej utrzymać. Likwidowanie rusycystyki, oczywiście, nikomu w Niemczech nie wpadnie do głowy, nie tylko ze względów politycznych - tam wciąż trwa wszak zafascynowanie niezgłębionymi tajnikami „rosyjskiej duszy”. I być może kwestia przetrwania polonistyki byłaby problemem wydumanym, gdyby nie to, iż kierunek ten - przynajmniej wedle świadectw uczonych z Uniwersytetu Humboldta - cieszy się relatywnie dużą popularnością. Dążenie do likwidacji tego wydziału nie jest więc sprawą jego małej atrakcyjności - to, jak często w takich wypadkach bywa, efekt radosnej twórczości biurokracji i skutecznych działań „niewidzialnej ręki rynku”.

Oczywiście, nie będziemy w odwecie zamykać w polskich uniwersytetach wydziałów germanistyki. Ale coś z tym fantem trzeba jednak zrobić. Zresztą - nie tylko w Niemczech. Warto choćby przypomnieć dramatyczną sytuację polonistyki w Harvardzie, kierowanej obecnie przez profesora Stanisława Barańczaka. Po odejściu na emeryturę Wiktora Weintrauba, na jego miejsce imiennie zaproszono krajowego poetę i tłumacza, co, rzecz jasna, bardzo zdenerwowało peerelowskie władze, niezbyt skłonne do dopuszczenia członka KOR do podobnych miodów. Szarpanina o paszport Barańczaka trwała dość długo, w końcu wyjechał dzięki solidarnościowemu „festiwalowi” w roku 1980. Rzecz w tym, iż w wypadku, gdyby go nie wypuszczono do Ameryki, władze uniwersyteckie zamierzały tę katedrę zlikwidować. Gdyby zaś się tak stało, z dużym prawdopodobieństwem nie mielibyśmy tak znakomitej tłumaczki polskiej poezji, jaką jest Clare Cavanagh, uczennica Barańczaka.

Dziś, oczywiście, rzecz wygląda nieco inaczej. Trudno, by sami Polacy wtrącali się w strukturę nauczania w niemieckich uniwersytetach. Trudno jednak udawać, że w przypadku polonistyki jest to dla nas problem bez znaczenia. Wydaje się też, że - przynajmniej w pewnym stopniu - zagrożenie polonistyki berlińskiej jest odpryskiem napięć, jakie pojawiły się ostatnio w naszych bilateralnych stosunkach. Jedno zdaje się nie ulegać wątpliwości - sprawą powinny się zająć władze naszego kraju i podjąć próby zapobieżenia nieszczęściu. Można choćby - skoro państwo niemieckie okazuje się zbyt biedne, by berlińską polonistykę finansować - zastanowić się nad możliwością wykorzystania do tego celu, oczywiście w porozumieniu z niemieckimi partnerami, funduszy unijnych. Nie od rzeczy byłaby też, w moim przekonaniu, próba zorganizowania w kraju propolonistycznego lobby ludzi kultury i nauki, którzy potrafiliby wywrzeć w tej kwestii wpływ na zachowania polityków. Bo w końcu jest rzeczą absurdalnie śmieszną uznanie owych „ekonomicznych” argumentów władz niemieckich za jedyny i wystarczający powód likwidacji tego kierunku studiów i uznanie, że z powstałej obecnie sytuacji nie ma wyjścia.